„Nadistota w upadku linoskoczka” — wystawa Olafa Trzewiczka
Relacja z wernisażu w Galerii Gablotka.
Wysłane przez Artur Kita | gru 13, 2025 | Częstochowa | 4 min czytania

Gdyby ktoś akurat szedł Aleją Armii Krajowej pewnego grudniowego późnego popołudnia, mógłby pomyśleć, że Galeria Gablotka została pochłonięta przez…Sen. Nie taki zwyczajny — raczej ten niepokojąco migotliwy, hipnagogiczny, w którym łabędzie unoszą się jak porcelanowe zjawy, a z mroku wynurzają się różowe, półfantastyczne głowy jeleni.
Plakat reklamujący wernisaż zdawał się wręcz mrugać do przechodniów: chodźcie, tu zaczyna się opowieść o upadku, ale zupełnie innym, niż wam się wydaje. W środku czekał na miłośników Sztuki Olaf Trzewiczek — młody Twórca, którego oczy miały w sobie dziwną, pogodną czujność człowieka przyzwyczajonego do widzenia świata w trybie „na granicy snu”. Hipnagogiczne halucynacje, które wielu by przeraziły, stały się dla niego czymś w rodzaju nieproszonego, lecz twórczego współpracownika. „One mi po prostu podpowiadają” — powiedział z uśmiechem, jakby mówił o nieco kapryśnym, lecz w gruncie rzeczy sympatycznym duecie muzycznym.
Już pierwszy rzut oka na fotografie uświadamiał, że to nie jest zwykła wystawa. Na jednej ze ścian wisiała twarz — wygięta w nienaturalnym kącie, jakby kamera złapała moment tuż przed zapadnięciem w sen, kiedy ziemia pod stopami zaczyna być bardziej umowna niż faktyczna. Obok, w innej pracy, stopy w otoczeniu czegoś, co przypominało wirujące, mięsiste trociny, jakby świat pękł na chwilę i pokazał swoje unerwione wnętrze. A kilka kroków dalej — odcięte świńskie (?) kopyta (?) sfotografowane w tak dramatycznym skrócie perspektywicznym, że aż chciało się zapytać, czy artysta nie wpadł przypadkiem do jakiejś metafizycznej beczki po śledziach.

Jednak w całej ekspozycji krył się klucz do całości — linoskoczek. Olaf, z właściwą sobie skromnością i lekkim rozbawieniem, tłumaczył odwiedzającym, że inspiracją była przypowieść o linoskoczku Nietzschego — o człowieku, który ryzykuje upadek po to, by stać się kimś więcej, przekroczyć samego siebie. U Olafa jednak linoskoczek nie przemierza placu wśród tłumu. Jego lina rozciąga się gdzieś pomiędzy jawą a snem, pomiędzy tym, co widzialne, a tym, co nawiedza człowieka w chwili zawieszenia świadomości. Jego interesuje przede wszystkim to, co dzieje się pomiędzy momentem rozpoczęcia upadku linoskoczka a momentem kiedy już upadł.
Nic dziwnego, że prace pulsowały światłem jak z innego świata — tym z granicy zasypiania, gdzie kontury drgają, a zwykłe przedmioty osiągają rangę symboli. Goście podchodzili bliżej, pochylali głowy, poprawiali okulary. Jedni udawali odwagę, inni wprost mówili, że nie są pewni, czy właśnie na nich nie patrzy z fotografii coś, czego nie ma w regulaminie rzeczywistości.
A jednak wszyscy się uśmiechali. Bo choć tematy były poważne, a wizualna intensywność potrafiła postawić włosy na głowie – u niektórych także na rękach – w atmosferze wernisażu było coś krzepiącego. Jakby Olaf swoim młodzieńczym entuzjazmem i pogodną otwartością dawał sygnał: „Spokojnie, to tylko sny. I Sztuka. A jedno i drugie jest po to, żebyśmy mogli spojrzeć na to, co straszy, trochę z boku — i może nawet się z tego zaśmiać”.

Podobno każdy z nas jest czasem linoskoczkiem, choć większość woli o tym nie myśleć. Olaf Trzewiczek myśli o tym bez przerwy — i jeszcze śmie to fotografować. Dobrze, że to robi. Jeszcze lepiej, że w Galerii Gablotka pojawiła się przestrzeń, by jego balansowanie pomiędzy snem a jawą zobaczyli inni.
Ktoś kto przyszedł na wernisaż, wyszedł z uczuciem, że rzeczywistość może i bywa niepokojąca… ale bywa też piękna w swoim drżeniu. Jak łabędź unoszący się na wodzie, którą widzi tylko Artysta na granicy snu. Gratulujemy młodemu Twórcy.
Artur Kita @ak




