Czy polskie kluby potrafią łączyć ligę z grą w Europie? Kluczowa statystyka jest bezlitosna
Rywalizacja na froncie krajowym oraz europejskim to wyzwanie dla każdej drużyny. Jednak im słabsza liga i węższe kadry, tym to wyzwanie jest oczywiście większe. A jak przez ostatnie lata wychodzi to polskim ekipom?
Wysłane przez Tymoteusz Kłusek | lis 13, 2025 | Piłka nożna | 9 min czytania

Spis treści:
Obecność polskich klubów w europejskich pucharach na jesień? Jeszcze ponad 5 lat temu było to wielkie wydarzenie, a w tym sezonie brak polskich zespołów w Europie na wiosnę byłby uznany za katastrofę. Oczywiście niepołączenie tego faktu z powstaniem trzeciego europejskiego poziomu rozgrywkowego – Ligi Konferencji – byłoby przejawem ignorancji, natomiast rozwój samej Ekstraklasy również jest niezwykle widoczny. Od 2020 do 2023 roku do faz grupowych dostawała się jedna polska drużyna (przeważnie był to mistrz kraju), później dwukrotnie Polskę na jesień reprezentowały po dwie ekipy, natomiast w tym sezonie są to już cztery ekipy. Wraz z powstaniem LKE normą stały się także awanse polskich zespołów do wiosennych faz pucharowych. Udział ekstraklasowiczów w rozgrywkach europejskich jest już oczywistością i nie jest to tylko działka dla zdobywcy tytułu sezon wcześniej, a duże pole do popisu dla każdego polskiego uczestnika eliminacji. Niemniej rodzi też to pewne nowe wyzwania. Warto się zatem poważnie przyjrzeć, jak ekipy z naszego kraju łączą grę w Europie z grą w Ekstraklasie, bowiem ten aspekt wygląda już nieco mniej kolorowo. Polska jest pod tym względem pewnym ewenementem, który wskazuje na ciekawe przemiany wewnątrz ligi, a jedna ze statystyk zdecydowanie wyodrębnia nas na tle innych krajów Europy środkowo-wschodniej.
Ewenement w skali europejskiej
O tym, jak radzą sobie na krajowym podwórku polskie zespoły, dostające się do fazy ligowej (dawniej grupowej) rozgrywek europejskich, dużo mówi fakt, że taka ekipa od lat zwyczajnie nie jest w stanie zdobyć mistrzostwa Polski. Przekłada się to oczywiście na to, że w Ekstraklasie dawno nie byliśmy świadkami obrony tytułu. Ostatnim spełnionym w Polsce obrońcą tytułu była w 2021 roku Legia Warszawa, która – no właśnie – była jednocześnie ostatnim mistrzem, któremu nie udało się zakwalifikować do żadnej fazy grupowej (pamiętne 0:3 z Karabachem Agdam w play-offach Ligi Europy w 2020 roku). Od tego momentu kolejni mistrzowie Polski, konsekwentnie kontynuujący swoją europejską przygodę aż do wiosny, nie są w stanie utrzymać w tej sytuacji prawidłowego ligowego rytmu, przez co nie tylko nie są w stanie obronić tytułu, ale nawet być do końca w walce o niego. Jednorazowo coś takiego można by uznać za wypadek przy pracy i gorszy sezon obrońcy tytułu, ale w Polsce jednak w ostatnich sezonach jest to wyraźna reguła. Zaczynając od Lecha Poznań Dariusza Żurawia, który w 2020 przerwał trwającą kilka lat niemoc polskich ekip i zakwalifikował się do fazy grupowej Ligi Europy, jednak w Ekstraklasie Kolejorz szybko przepadł w środku tabeli, przez co będąc ówczesnym wicemistrzem sezon później nie zbliżyli się już oni nawet do walki o europejskie puchary.
Gorszy sezon? Zdarza się każdemu, natomiast bliźniaczy los spotkał w kolejnym sezonie Legię Warszawa. Z kolei w kampanii 2022/23, czyli jeszcze później ówczesny mistrz – Lech Poznań wyszedł poza dotychczasowe schematy i Europie udało mu się przetrwać aż do kwietnia, ale z walki o obronę tytułu wypadł on już bardzo szybko. Choć finalnie sezon zakończyli oni na wysokim trzecim miejscu, przez co o Europę zagrali również i sezon później, to jednak był to podręcznikowy przykład tego, jak konieczność gry na dwóch frontach w rundzie jesiennej przekreśliła szansę Lecha na dotrzymanie kroku mistrzowskiemu Rakowowi oraz wicemistrzowi – Legii Warszawa. A skoro o mistrzostwie Rakowa mowa, to Medaliki z nowym trenerem Dawidem Szwargą, choć zaliczyły historyczną przygodę w eliminacjach do Ligi Mistrzów oraz w fazie grupowej Ligi Europy, to jednak wypadły z gry o europejskie puchary – za co posadę pierwszego trenera stracił wspomniany Szwarga.
Kampania 2023/24 to też doskonale pamiętany sezon, który wyłonił nową znaczącą siłę i obecnie stałego pucharowicza – Jagiellonię Białystok. I wydawało się, że to właśnie Jagiellonia w zeszłym sezonie udowodni, że granie w Europie nie przeszkadza w walce o tytuł w Ekstraklasie, ale na finiszu sezonu nie była ona już w stanie utrzymać tempa narzuconego przez Raków i Lech i było to bezpośrednią przyczyną tego, że aż do kwietnia grała ona w Europie.
- Mistrz Polski 2020/21: Legia Warszawa – w kolejnym sezonie faza grupowa Ligi Europy, 10. miejsce w Ekstraklasie
- Mistrz Polski 2021/22: Lech Poznań – w kolejnym sezonie ćwierćfinał Ligi Konferencji, 3. miejsce w Ekstraklasie
- Mistrz Polski 2022/23: Raków Częstochowa – w kolejnym sezonie faza grupowa Ligi Europy, 7. miejsce w Ekstraklasie
- Mistrz Polski 2023/24: Jagiellonia Białystok – w kolejnym sezonie ćwierćfinał Ligi Konferencji, 3. miejsce w Ekstraklasie
- Mistrz Polski 2024/25: Lech Poznań – w kolejnym sezonie faza ligowa Ligi Konferencji (jak dotąd), 8. miejsce w Ekstraklasie (stan na 15. kolejkę)
Poziom Ekstraklasy się wyrównał
To wszystko ma też swoją drugą stronę medalu, ponieważ widać tutaj wyraźnie, że gorsza forma u danego ekstraklasowicza wywołana grą w Europie jest od razu wykorzystywana przez inne ekipy. Jest to zjawisko obce w sąsiednich dla Polski krajach i ligach, gdzie przykładowo w Czechach dwie praskie ekipy Sparta i Slavia, a także Victoria Pilzno, pomimo tego, że od lat co roku wszystkie te kluby meldują się w rozgrywkach europejskich, także regularnie dzielą pomiędzy siebie mistrzostwo kraju. Podobnie sytuacja ma się w Rumunii, gdzie mimo gry w pucharach widzimy dominację FCSB oraz CFR Cluj, nie mówiąc o takich ligach jak serbska, chorwacka, czy nawet słowacka, gdzie mimo występów Dinama Zagrzeb, Crveny Zvezdy i Slovana Bratysława w samej Lidze Mistrzów, jednocześnie panują oni niepodzielnie w swoich krajach.
I trzeba powiedzieć, że w Ekstraklasie jeszcze niedawno takie zjawisko również miało miejsce. Mianowicie ostatnią ekipą, która w Polsce mimo gry w Europie na jesień zdołała zdobyć mistrzostwo, była Legia Warszawa w sezonie 2016/17, która w tamtych rozgrywkach grała przecież w Lidze Mistrzów. Był to okres absolutnej dominacji Legii na krajowym podwórku – w latach 2013-2021 Legia na 9 sezonów aż 7 razy kończyła ligę na najwyższym stopniu podium (w 2015 i 2019 była wicemistrzem). W najnowszej historii sytuacja wygląda jednak diametralnie inaczej. Górna część tabeli Ekstraklasy zdecydowanie się wyrównała. Przed każdym sezonem faworytów do zdobycia mistrzostwa jest kilku, a słabość danej ekipy w lidze, wynikająca z gry w Europie, od razu jest wykorzystywana przez inne liczące się ekipy.
Miał być przełom, jest potwierdzenie
Wydawać by się jednak mogło, że bieżący sezon powinien być w tej kwestii przełomem. Jesteśmy bowiem świadkami historycznej chwili, gdzie do rozgrywek europejskich udało się zakwalifikować czterem, czyli wszystkim pucharowiczom. I wszystkie znaki na niebie i ziemi na początku sezonu mówiły jasno, że ktoś z czwórki najlepszych ekip poprzedniego sezonu, posiadających jednocześnie najsilniejsze i najszersze – wzmocnione również i w to lato – kadry, a więc ktoś spośród Lecha, Rakowa, Jagiellonii i Legii – po prostu w tym sezonie musi już sięgnąć po mistrzostwo. Natomiast póki co zamiast przełomu mamy wręcz idealne potwierdzenie tej reguły, ponieważ na dwie kolejki przed półmetkiem sezonu liderem Ekstraklasy jest niepozorny Górnik Zabrze, a każdy z pucharowiczów – może za wyjątkiem Jagiellonii – ma bądź już miało za sobą wyraźny moment kryzysowy. Oczywiście wszystko się tutaj może zmienić, ponieważ mimo wszystko w tym momencie to Jagiellonia oraz Raków wydają się faworytami do tytułu, biorąc pod uwagę wszystkie czynniki. Nie zmienia to jednak faktu, że ubytki formy z powodu gry na europejskim froncie są widoczne, a przypadki Legii, Lecha czy jeszcze przed nieco ponad miesiącem Rakowa, stawiają pod znakiem zapytania to, czy polskie kluby w ogóle robią w tej kwestii jakieś kroki do przodu.
Jesteśmy przykładem i mamy z kogo brać przykład
To, że poziom Ekstraklasy jest wyrównany, a kryzysy najlepszych ekip są od razu wykorzystywane, to dobry symptom. Idealnym potwierdzeniem tego jest ranking UEFA, gdzie Polska zostawiła w tyle takie ligi, jak wcześniej wspomniana serbska, chorwacka, czy rumuńska. Tam pomimo posiadania stałego reprezentanta na wyższym europejskim poziomie, zwyczajnie brakuje rywalizacji, która napędzałaby wszystkie kluby nawzajem i powodowałaby systematyczny wzrost wartości ligi.
ZOBACZ TEŻ: [ Ile brakuje drużynom z Ekstraklasy do Ligi Mistrzów? Marek Papszun odpowiada ]
Mimo tego, aby rozwój Ekstraklasy był stabilny, najmocniejsze jej ogniwa mają przed sobą jasny cel, jakim jest wyrobienie sobie kluczowej umiejętności godzenia grania w Europie z graniem ligowym. Pozwoli to w sposób bezpośredni mierzyć Rakowowi, Jadze, Lechowi oraz Legii w coś więcej, niż gra w Lidze Konferencji poprzez zdolność do rozbudowywania swojej marki na krajowym szczycie, a nie walkę o przetrwanie na nim z powodu zaszczytu reprezentowania Polski na arenie europejskiej. W tej kwestii mamy z kogo brać przykład. Mianowicie zdrowo wyglądający układ możemy zaobserwować w Czechach, Grecji oraz Turcji. Tamtejsze ligi, mając regularnie swoich reprezentantów w Lidze Mistrzów oraz w Lidze Europy, jednocześnie nie posiadają jednej lokomotywy, która zamiast ciągnąć skład pociągu za sobą, zostawia wagony daleko w tyle (coś takiego ma miejsce przykładowo w Serbii). Mają oni za to stały trzon europejski, który jest gwarantem stabilności ligi, a dobra gra tych ekip przekłada się także na możliwość występów w Europie klubom będącym bliżej środka tabeli – takim jak chociażby znana nam z tego sezonu Ligi Konferencji Sigma Ołomuniec.



