Jacek Magiera.
Jacek Magiera odszedł zdecydowanie przedwcześnie, ale jego dorobek to nie tylko zasługi jako piłkarza i trenera. Wartości jakie reprezentował nie zginą nigdy.
Wysłane przez Tymoteusz Kłusek | kwi 17, 2026 | Piłka nożna | 14 min czytania

Spis treści:
Jacek Magiera urodził się w Częstochowie, a piłkarsko wychował się w Rakowie Częstochowa. To w Częstochowie debiutował w Ekstraklasie (wówczas 1. liga), choć jako zawodnik najwięcej osiągnął w stołecznej Legii. Jego kariera trenerska ostatecznie nie skrzyżowała się z Rakowem, ale o swoim pochodzeniu i piłkarskiej ojczyźnie nie zapomniał nigdy. Przyczynił się do stworzenia niedawno wydanej książki opisującej historię Rakowa.
- „Chodziło się na mecze już wcześniej, ale jak tata został kierownikiem, to nasze drogi z klubem schodziły się częściej. Nie mieliśmy tylko wstępu do szatni przed meczami. Mnóstwo czasu spędzaliśmy na Rakowie. Jak jechaliśmy na wyjazd, to w autokarze razem z zawodnikami. Byliśmy uprzywilejowani. Pamiętam, że mając trzynaście lat, pojechałem z zespołem i trenerem Basińskim na obóz do Kluczborka” – oto fragment wypowiedzi Jacka Magiery o swoich początkach w Rakowie, zacytowany w książce ,,Jak hartował się klub. Historia Rakowa Częstochowa”.
W Ekstraklasie jako zawodnik wystąpił w 233 meczach, w których zdobył 25 bramek i 7 razy asystował. Reprezentował barwy Medalików, Legii Warszawa oraz miał także epizody w Widzewie, czy w Cracovii. W barwach warszawskiej Legii 24 razy wystąpił także w europejskich pucharach, zdobywając w nich 2 bramki. Nigdy nie było mu dane zagrać w pierwszej reprezentacji Polski. Miał jednak na koncie 6 meczów na szczeblu U-21, w których zdobył jednego gola.
Karierę trenerską rozpoczął od 7-letniej przygody w roli asystenta trenera Legii Warszawa w latach 2006-2013. Jako o szkoleniowcu cała Polska ostatecznie usłyszała o nim, kiedy na jesień 2016 roku objął Legię jako pierwszy trener. Stołeczny klub grał wówczas w fazie grupowej Ligi Mistrzów. Jacek Magiera wtedy potrafił dokonać czegoś naprawdę wielkiego, bo mimo przejęcia drużyny pod koniec września (już po porażce 0:6 z Borrusią Dortmund) trener z marszu zbudował drużynę, która potrafiła zremisować 3:3 z Realem Madryt i wreszcie wygrać 1:0 ze Sportingiem Lizbona, co dało ostatecznie 3. miejsce w absolutnej grupie śmierci, gdzie nawet najwięksi optymiści pozostawiali niezajęcie 4. miejsca jako sferę marzeń. Tymczasem udało się awansować do fazy pucharowej Ligi Europy, gdzie Legia uległa tam późniejszemu finaliście rozgrywek – Ajaxowi Amsterdam.
Z Legią Jacek Magiera zdobył Mistrzostwo Polski i jest to jego jedyny trenerski tytuł. Następnie trenował młodzieżowe reprezentacje Polski – najpierw do lat 20, a następnie U-19. Śląsk Wrocław obejmował dwukrotnie, najpierw w 2021 roku. Głównie został zapamiętany jednak z jego drugiej przygody we Wrocławiu, gdzie najpierw obejmując klub pod koniec kwietnia 2023 podjął się karkołomnej misji utrzymania Wrocławian na najwyższym szczeblu. Udało mu się to, a już rok później celebrował we Wrocławiu wicemistrzostwo Polski. Rok temu po zwolnieniu Michała Probierza był obok Jana Urbana wymieniany jako główny kandydat do objęcia sterów nad reprezentacją Polski. Ostatecznie został jego asystentem.
Przy Rakowie był cały czas
Był też przede wszystkim wtedy, kiedy Raków tego najbardziej potrzebował. A wcale nie musiał, bo znajdował się wtedy u szczytu swojej kariery, godnie reprezentując barwy pierwszoligowej Legii. Raków wówczas – na początku wieku – przechodził ogromny kryzys. Grał w 4. lidze i jego istnienie każdego dnia stało pod znakiem zapytania. Jacek Magiera potrafił wtedy przyjechać na zwykły trening zespołu, kupić stroje dla zawodników. Sam opowiadał o tym we wcześniej wspomnianej książce.
- „Pamiętam, jak na Rakowie zgasło światło. Nie zapłacono rachunku, a trener Dobosz właśnie prowadził trening z młodymi na hali. I ten biedny Dobosz wziął świeczkę. Przy świeczce w ręku poprowadził trening. Ujmujące. Ja na tym treningu byłem jako osoba, która przyjechała z zewnątrz. Potem zaangażowałem się, kupiłem chyba dziesięć kompletów strojów, bo tam nic nie było” – opowiadał Jacek Magiera.
O różnych anegdotach związanych z grą w Rakowie Jacka Magiery opowiedział nam historyk klubu spod Jasnej Góry, Iwo Mandrysz:
- „Był obiecującym juniorem i już z drużyną reprezentacji Polski do lat 16 zdobył mistrzostwo Europy w drużynie prowadzonej przez trenera Andrzeja Zamilskiego. W Rakowie debiutował na drugim poziomie rozgrywkowym. Mi w pamięci utkwił mecz z GKS-em Tychy, gdzie w 5. minucie kapitan Rakowa Andrzej Wróblewski po zderzeniu z zawodnikiem drużyny przeciwnej miał podejrzenie wstrząsu mózgu i w jego miejsce wszedł właśnie Jacek, piłkarz z prawie zerowym doświadczeniem w lidze, a grał przeciwko GKS-owi Tychy, w składzie którego był najlepszy strzelec z tej grupy II Ligi, Krzysztof Sitko. Można powiedzieć, że Jacek grał bezbłędnie w tym meczu. Wszedł w 5. minucie za kapitana drużyny, zawodnika od niego wtedy dwa razy starszego i zdał ten egzamin. W Ekstraklasie zadebiutował za trenera Gotharda Kokotta w 3. kolejce sezonu 1994/95. Jacek grał wtedy właśnie jako defensywny pomocnik albo środkowy obrońca. Wówczas był troszeczkę inny system gry, ale było widać u niego taki spokój w grze. Ta jego inteligencja przydawała się na boisku. Był wyróżniającym się zawodnikiem w tej młodej grupie” – zaczął.
- „Grał w Rakowie do końca rundy jesiennej sezonu 96/97. Jak wszedł do pierwszej drużyny, to nie było tak, że miał stałe miejsce, że był etapowym zawodnikiem pierwszej jedenastki, ale stopniowo sobie wywalczył. Strzelał ważne bramki. Jacek strzelił w Ekstraklasie 8 goli. Dwa trafienia w sezonie 95/96 i sześć trafień w sezonie 96/97. Warto podkreślić, że zagrał wtedy tylko jedną rundę przed odejściem do Legii, a wystarczyło to, żeby na koniec sezonu być wspólnie z Grzegorzem Skwarą najlepszym strzelcem zespołu. Skwara miał jesienią 3 bramki i wiosną też 3. Jacek zrobił 6 bramek, ale tylko jesienią” – kontynuował opowieść.
- „Wrócił jeszcze do Rakowa pod koniec kariery, wiosną 2006 roku. Raków był wtedy już po awansie na trzeci szczebel rozgrywkowy. W 13 spotkaniach strzelił 3 bramki. W 1 lidze w barwach Rakowa zagrał w 38 meczach. W jednym sezonie 6, w drugim 16 i w trzecim też 16. W tym trzecim grał tylko jesienią – tak to wygląda” – zsumował liczby historyk Rakowa.
- „Miałem też okazję – mówiąc pół żartem pół serio – zagrać w jednej drużynie z Jackiem Magierą. Jak już on kończył karierę, to było po sezonie 2005/06, widać było, że on szykuje się do podjęcia decyzji o zakończeniu kariery. Był taki mecz w czerwcu 2006 roku, kiedy miało miejsce otwarcie boiska ze sztuczną murawą – Przyjaciele Rakowa kontra dziennikarze. Jacek razem z bratem Markiem zagrał w drużynie dziennikarzy. No i dostaliśmy lanie od przyjaciół Rakowa, wśród których byli m.in. Andrzej Samodurow, czy Robert Olbiński. Przyjaciele Rakowa wygrali wtedy 6-0” – opowiada dalej.
- „Jacek był zawsze blisko nas. Myśmy się spotykali już po tym, jak on zakończył karierę zawodnika. Był trenerem na różnych etapach w Legii. Jak gdzieś tam się spotykaliśmy, to zawsze było sympatycznie. Często wracaliśmy do starych spraw. Nawet jak on prowadził Śląsk w tym ostatnim meczu tutaj w Częstochowie, kiedy zdobywał ze Śląskiem wicemistrzostwo, to na konferencji prasowej Jacek nawiązywał do pewnych epizodów jeszcze z czasów Rakowskich, kiedy on czasami właśnie między treningami odrabiał lekcje. Zawsze były jakieś kontakty przy tych meczach, na których Jacek pojawiał się często po prostu prywatnie” – wspominał dla naszego portalu Iwo Mandrysz.
Dawid Krzętowski: On od zawsze był kimś wyjątkowym
O Jacku Magierze porozmawialiśmy także z wiceprezesem Rakowa Częstochowa Dawidem Krzętowskim, również częstochowianinem, który znał Jacka Magierę już jako młody chłopak, dla którego – jak i jego rówieśników – Jacek Magiera był po prostu wzorem do naśladowania.
- „Jacka znałem praktycznie od dziecka. Dzieliło nas sześć lat. Więc w momencie, kiedy my – jako młodzi chłopcy – zaczynaliśmy swoją przygodę z piłką w Rakowie, on wchodził już do pierwszej drużyny. To były czasy pierwszej ligi i był dla nas wzorem, kimś, na kogo patrzyliśmy z ogromnym podziwem. Tym bardziej, że wychowywał się niedaleko stadionu, na Błesznie, więc często widywaliśmy go, gdy szedł na trening albo z niego wracał”.
- „Później, kiedy byliśmy już trochę starsi, w czasach szkoły podstawowej, gdy – jak to młodzi – mieliśmy różne pomysły, Jacek się nie zmieniał. Zawsze był otwarty, życzliwy i potrafił wziąć niektórych z nas pod swoje skrzydła. Zostawał po treningach pierwszej drużyny, pracował indywidualnie i często zapraszał nas do wspólnych ćwiczeń – czy to do podań, czy do innych elementów treningu. Z takich bardziej anegdotycznych sytuacji pamiętam, że jako młodzi chłopcy bardziej niż nauczycieli, czy rodziców, baliśmy się spotkać właśnie jego. Wiedzieliśmy, że jeśli natkniemy się na Jacka gdzieś w ciągu dnia, szybko zorientuje się, że coś jest nie tak. A że był człowiekiem zasad, to mogliśmy się spodziewać konkretnej rozmowy”.
- „On od zawsze był kimś wyjątkowym. Już wtedy wyróżniał się na tle innych – nie tylko jako piłkarz, ale przede wszystkim jako człowiek. Później, gdy trafił do Legii Warszawa i funkcjonował w świecie dużej piłki, zdobywając mistrzostwa Polski i Puchar Polski, wciąż pozostał sobą. Miał swoje zdanie, silny kręgosłup i jasno określone zasady, którym był wierny”.
- „Kiedy zakończył karierę zawodniczą i został trenerem, dalej podążał tą samą drogą. Nasz kontakt odnowił się po latach, kiedy trafiłem do zarządu. Każda rozmowa z nim – nawet jeśli zaczynała się od drobnej sprawy – bardzo szybko przeradzała się w długą, kilkudziesięciominutową rozmowę o życiu, piłce, klubach, czy reprezentacji. Jacek zawsze szanował drugiego człowieka, nawet jeśli się z nim nie zgadzał”.
- „Był osobą niezwykle charyzmatyczną i konsekwentną. Wiem, jak podchodził do swojego rozwoju, choćby w kontekście nauki języków – miał jasno określony plan dnia i praktycznie nic nie było w stanie go od tego odciągnąć. To pokazuje, jak bardzo był poukładany i zdyscyplinowany. Trudno znaleźć kogokolwiek, kto miałby o nim złe zdanie. To był człowiek, który budził powszechny szacunek” – mówi Krzętowski.
- „Jacek często opowiadał młodym zawodnikom historię o pociągu, którą zaczerpnął i rozwinął po trenerze Zbigniewie Doboszu. Mówił, że w życiu trzeba być gotowym na moment, w którym pojawia się szansa – nie tylko w sporcie, ale w każdej dziedzinie. Nigdy nie wiemy, kiedy ten „pociąg” przyjedzie, dlatego musimy być przygotowani, żeby do niego wsiąść”.
- „Odszedł od nas nie tylko bardzo dobry piłkarz i trener, ale przede wszystkim wyjątkowy człowiek. Jestem przekonany, że gdyby był z nami dłużej, pomógłby jeszcze wielu zawodnikom i miałby ogromny wpływ na rozwój kolejnych ludzi” – mówił dla nas Dawid Krzętowski.
To pokazuje jasno, że Jacek Magiera nie był tylko świetnym piłkarzem i trenerem. Był przede wszystkim wzorem – wzorem dla młodych piłkarzy. Trenował polskie reprezentacje młodzieżowe, ale żeby być mentorem dla młodych zawodników, nie potrzebował wcale być szkoleniowcem. On swoją wiedzą i dyscypliną po prostu zarażał, będąc przy tym zwyczajnie dobrym człowiekiem. Wyciągał pomocną dłoń tam gdzie nie musiał, ale robił to, często w niewidzialny sposób, budując dziesiątki karier i zwykłych ludzkich istnień.
- „Kiedy jeszcze działałem tylko i wyłącznie w Częstochowie, to Jacek do mnie zadzwonił i po prostu się ze mną umówił. Ja go nie znałem, znałem go tylko z telewizji. Oglądałem go jako trenera w meczu Legii z Realem Madryt i nie tylko, ale on do mnie zadzwonił i powiedział, że chce się spotkać i porozmawiać. Potem jak się spotkaliśmy, poszliśmy pograć w piłkę. I właśnie to jest to, co mówię – że dla Jacka nie liczyło się to, czy ktoś jest dobrym piłkarzem, czy złym. Ja już wtedy działałem w dziennikarstwie. On po prostu rozłożył ze mną siatkonogę i ze mną grał. I nawet jak mi gdzieś nie wychodziło, to poczułem pierwszy raz to jego podejście rzeczywiście takie do ludzi, psychologiczne. Gdzieś mnie złapał, powiedział, co mi siedzi w głowie, bo bardzo się stresowałem, że mi nie wychodzi i źle wypadam. Potem poszedłem z nim na obiad i opowiadał mi. Ja się mu zwierzałem. To był taki człowiek, którego nawet jak nie znałeś długo, to chciałeś mu się zwierzyć. Takie ciepło było bardzo wyczuwalne” – opowiadał w Kanale Sportowym nasz redaktor Kamil Głębocki. Jacek Magiera wyciągał swoją pomocną dłoń tam gdzie czuł, że jest w stanie pomóc. Bez żadnej prośby, bezinteresownie.
Zwykłe „Cześć!”
- „Nudne popołudnie, chodzimy bez celu po Starym Błesznie ze znajomymi. Naprzeciwko nas wyjeżdza dwójka rowerzystów, starszy i młodszy. Kolega patrzy i mówi: „Patrzcie, Magiera jedzie, chyba z tatą”. Jeżeli dobrze kojarzę to był okres, gdy grał w Legii Warszawa. Jeden z nas od razu, odruchowo wyrzuca dopiero co zaczętego papierosa. Jakby właśnie to jego rodzic wyjechał zza zakrętu i przyłapał na czymś zakazanym. Jacek Magiera co najwyżej kojarzy nas z widzenia, nie ma możliwości żeby znał nas jakoś wyjątkowo bliżej. Do dzisiaj pamiętam, że jedną dłonią puszcza kierownicę, pierwszy podnosi rękę i rzuca zwyczajne CZEŚĆ! Każdy z nas stara się coś odpowiedzieć, chociaż tak naprawdę bardziej zastanawiamy się kogo z nas znał. A może to po prostu normalny odruch z jego strony, niby nic wielkiego, zwykły gest. Sytuacja z papierosem i przywitaniem idealnie pokazuje jakim człowiekiem był Jacek Magiera. Miał szacunek wśród młodych, jednocześnie całkowicie obce było mu gwiazdorstwo, wywyższanie się, o nałogach nie wspominając” ~ Robert Kasztelan, redakcja nawylot.tv.
Pod prąd
Wychowanek Rakowa Częstochowa na temat swojej kariery myślał zupełnie inaczej niż większość młodych piłkarzy, czy nawet ludzi niezwiązanych ze sportem. Niejeden z nas przecież szybko zachłysnąłby się pieniędzmi, statusem, szybkim przeskokiem na szczeblu kariery. Rozpoczynając przygodę z Legią Warszawa unikał nocnego życia stolicy – drogę do sukcesu wyznaczał trening, nauka i praca. Czytając artykuły na temat Jacka Magiery można się zastanowić, skąd ten człowiek miał czas niemal dla każdego, poprzez rozmowę, czy nawet krótką wiadomość tekstową. Rodzina, praca, własne zainteresowania – już samo to wypełnia grafik obowiązków i zajęć. Mimo to potrafił niespodziewanie wyciągnąć do kogoś pomocną dłoń, czy znaleźć chociaż chwilę na wspólne wypicie filiżanki kawy.
Niedokończony rozdział
W jednej ze swoich historii Jacek Magiera wspomniał książkę „Szczęście, czy fart” i brakujące strony w swoim egzemplarzu. Niepełna książka autorstwa Alexa Roviry Celmy i Fernando Triasa de Besa nie dawała mu spokoju. Szukał, drążył, nie poddawał się w znalezieniu kompletnego wydania. Było to o tyle trudne, że książka była niepopularna, ciężko dostępna, praktycznie „biały kruk”. Ostateczne zdobycie pełnego wydania „Szczęście, czy fart” charakteryzuje mentalność Jacka Magiery – to alegoria dążenia do sukcesu, że dzięki determinacji możemy osiągnąć wiele, lub przynajmniej próbować to zdobyć. Własną drogą, pod prąd, ale nie kosztem innych. Tragiczny piątek 10 kwietnia to niestety brutalnie wyrwany rozdział. Jako mąż, ojciec i trener, czy przede wszystkim człowiek, miał do zapisania jeszcze niejedną historię. Pozostawił po sobie jednak przesłanie, że nikt nie napisze Twojej prozy życia za Ciebie. Ty jesteś jej autorem.
Tymoteusz Kłusek, Robert Kasztelan




