Futbol bywa niesprawiedliwy. Raków przegrał w hitowym spotkaniu z Jagiellonią
Raków przegrywa z Jagiellonią Białystok 2:0 w zaległym meczu 31. kolejki PKO BP Ekstraklasy.
Wysłane przez Jakub Zacharjasz | maj 14, 2026 | Piłka nożna | 6 min czytania

Spis treści:
Kolejny finał
Mecz z Jagiellonią w kontekście końcowego układu tabeli PKO BP Ekstraklasy był niesamowicie istotny. Zarówno Medaliki, jak i Jaga przed tym spotkaniem miały dokładnie taką samą liczbę punktów (49), a wynik pojedynku Arki z Górnikiem mógł być zadowalający dla obu ekip. Zabrzanie „tylko” zremisowali w Gdyni, a to oznaczało, że zwycięzca meczu w Częstochowie zasiądzie na fotelu wicelidera.
Zatem stawka tego pojedynku wzrosła jeszcze przed jego rozpoczęciem, a jak wiadomo, 2. miejsce na koniec sezonu premiowane jest grą w eliminacjach do Ligi Mistrzów, na którą chrapkę mają zespoły z „czoła” tabeli.
Nudy nie było
Od samego początku tego meczu kibice zgromadzeni na Limanowskiego 83, jak i ci, którzy zasiedli przed telewizorami, nie mogli narzekać na nudę. Wysokie tempo, ciekawe pojedynki, dobrze konstruowane akcje – wszystko to miało miejsce w środowy wieczór w Częstochowie. Niestety dla Medalików pierwszy cios miał miejsce w 10. minucie, kiedy to Lamine Diaby-Fadiga bez ingerencji przeciwnika doznał kontuzji mięśniowej i trener Dawid Kroczek był zmuszony dokonać zmiany – w miejsce Francuza zameldował się na murawie Tomasz Pieńko.
Raków bardzo dobrze i mocno pracował w wysokim pressingu, co pozwalało na przejmowanie piłki na połowie gości i raz po raz konstruowanie niebezpiecznych, szybkich ataków. Z drugiej strony Jagiellonia pokazywała dobrą grę w obronie niskiej i Medalikom ciężko było sforsować zasieki postawione przez żółto-czerwonych. Mimo że tempo spotkania było na wysokim poziomie, strzały oddawane przez jednych i drugich w końcowym rozrachunku nie były w stanie zbytnio zagrozić bramkarzom. Niektóre uderzenia były na tzw. „notę”, inne zaś minimalnie mijały światło bramki.
Swojego dopięła niestety dla sympatyków czerwono-niebieskich Jagiellonia w 34. minucie, po rzucie rożnym, który został poniekąd sprokurowany przez brak komunikacji między Racovițanem a Trelowskim. Do piłki zagrywanej przez Lozano ze stałego fragmentu gry najwyżej, w pełnym biegu wyskoczył Kobayashi i nie pozostawił żadnych złudzeń co do interwencji Kacprowi Trelowskiemu, tym samym trybuny na Limanowskiego ucichły.
Walenie głową w mur
Choć w porównaniu do spotkania z Koroną pierwsza połowa meczu z Jagiellonią mogła się bardziej podobać, tak i w tym przypadku po raz kolejny przerwa w grze zmieniła obraz spotkania. Po 15 minutach spędzonych w szatni na nasłuchiwaniu wskazówek trenera Kroczka zawodnicy Rakowa wyszli na drugą część meczu z dodatkową energią. Już od pierwszych sekund Medaliki zaczęły stwarzać zagrożenie pod bramką Abramowicza. Pierwsza składna akcja i kapitalne, prostopadłe podanie Michaela Ameyawa do wbiegającego Patryka Makucha – i chyba tylko sam Maki wie, jakim cudem nie pokonał bramkarza gości. Chwilę później, po kolejnym dośrodkowaniu Ameyawa, strzał z woleja Jonatana Brunesa został ofiarnie zablokowany przez defensorów Jagi. W kolejnej akcji Svarnas mógł zdobyć gola, ale jego strzał głową był niecelny. Do 49. minuty podopieczni Dawida Kroczka mogli aż trzy razy pokonać Abramowicza. Medaliki miały swój moment, ale za każdym razem czegoś brakowało – czy to jakości uderzenia, czy celności, czy chociażby odrobiny szczęścia, które również jest bardzo potrzebne, a tego bardzo mocno brakowało w środowy wieczór.
Jednak to, co wydarzyło się po jednym z rzutów rożnych, jest wręcz niewytłumaczalne. Oskar Repka nie trafił z metra w bramkę po dośrodkowaniu ze stałego fragmentu. Owszem, piłka trafiła go w kolana, jednak mimo wszystko na taki błąd nie można szukać wytłumaczenia – to trzeba po prostu zamienić na gola, jeśli myśli się choćby o jakimkolwiek pozytywnym rozstrzygnięciu.
Tempo w dół i gwóźdź do trumny
Po szalonym kwadransie ze strony Rakowa tempo ewidentnie spadło. Medaliki nie oddały inicjatywy, ale było widać już delikatne zmęczenie tym spotkaniem. Jaga miała swoje momenty, kiedy to w fazach przejściowych udawało im się wychodzić z groźnymi kontrami, ale na szczęście dla Medalików akcje Dumy Podlasia spaliły się na panewce – raz nieznacznie pomylił się Imaz, zaś za drugim razem ofiarnie interweniował Fran Tudor, blokując strzał Kajetana Szmyta.
Mimo wolniejszej gry Raków dyktował warunki na boisku, ale nie potrafił tego przypieczętować zdobyciem gola wyrównującego, a jak powszechnie wiadomo – w piłce nożnej niewykorzystane sytuacje lubią się mścić. Logika Ekstraklasy jest jasna: skoro mając tyle dogodnych okazji do pokonania bramkarza drużyny przeciwnej nadal tego nie robisz, to w końcu przeciwnik wyprowadzi ten jeden atak i cię skarci. Katem Medalików okazał się Kajetan Szmyt, który dość szczęśliwie przyjął crossowe zagranie od Tarasa Romanczuka, wykorzystując przy tym poślizgnięcie się Tomasza Pieńki, rozegrał futbolówkę na jeden kontakt z Nahuelem Leivą i pokonał pechowo interweniującego Kacpra Trelowskiego. Po raz drugi tego wieczoru to kibice gości cieszyli się ze zdobycia gola przez swoich podopiecznych, a sympatycy Rakowa przekonali się o tym, jak to futbol bywa czasem niesprawiedliwy.
Z przebiegu całego spotkania Medaliki zasługiwały co najmniej na remis, choć pokuszenie się o stwierdzenie, że ten mecz był do wygrania dla ekipy spod Jasnej Góry, nie byłoby dużym nadużyciem. Na koniec liczy się jednak to, co wpadło do siatki, a w środowy wieczór to Jagiellonia była zabójczo skuteczna i wywiozła z Częstochowy komplet trzech punktów. Sytuacja czerwono-niebieskich w kontekście walki o wicemistrzostwo Polski dość mocno się skomplikowała, ale nadal pozostaje cień nadziei — teraz jednak trzeba liczyć na potknięcia rywali.
Już w niedzielę Raków uda się do Gliwic, gdzie w ramach 33. kolejki PKO BP Ekstraklasy zmierzy się z miejscowym Piastem.
Zapraszamy również do obejrzenia naszego studia po meczu Raków – Jagiellonia. Link znajdziecie poniżej.






