KOMPROMITACJA. Raków poległ z Górnikiem w finale Pucharu Polski
Raków Częstochowa przegrał na PGE Narodowym w Warszawie z Górnikiem Zabrze 2:0.
Wysłane przez Jakub Zacharjasz | maj 3, 2026 | Piłka nożna | 7 min czytania

Spis treści:
2 maja w Polsce obchodzimy Święto Flagi, a od 12 lat tego dnia rozgrywany jest również finał Pucharu Polski. Majówka, kapitalna atmosfera, święto dla kibiców piłki nożnej, a w szczególności dla dwóch drużyn, które na PGE Narodowym walczą o trofeum i przepustkę do gry w europejskich pucharach.
To nie jest zwykły mecz
Droga do tego spotkania bywa długa, bywa ciężka i wyboista, ale kiedy już wiesz, że twoja drużyna zagra w tym meczu, to na samą myśl ciarki przechodzą po całym ciele. Warszawa, Stadion Narodowy, komplet kibiców na trybunach, oprawy i emocje, które towarzyszą całej otoczce finału. Dla kibiców jednej z drużyn ten dzień to jak spełnienie marzeń, piękna chwila, którą chciałoby się przeżywać bez końca. Niestety, ale tym razem nie dla sympatyków Rakowa. Niestety nie z tym, co tego dnia pokazali zawodnicy na czele z trenerem Łukaszem Tomczykiem.
Zawodnicy nie dojechali do Warszawy
Chciałoby się napisać cokolwiek pozytywnego na temat tego spotkania, ale jak w przypadku ostatnich meczów, pozytywami były wyniki, bo jednak zwycięstwo z Cracovią i Lechią (mimo mizernego stylu) daje punkty do ligowej tabeli, tak w sobotnie popołudnie, kolokwialnie mówiąc, nie było czego zbierać. Piłkarze z Częstochowy nie tyle, że zostali mentalnie w szatni przed wyjściem na płytę boiska PGE Narodowego – oni wręcz wyglądali, jakby w ogóle nie wyruszyli do stolicy ze Świętego Miasta. Gra była wolna, ociężała, na wskroś statyczna. Brakowało jakiegokolwiek elementu zaskoczenia rywala, mimo że Górnik rozpoczął mecz bardzo pragmatycznie, ale z perspektywy czasu można dojść do wniosku, że to właśnie tak miało wyglądać po stronie „Żaboli”.
Który to już raz za kadencji trenera Tomczyka Medaliki wyglądały tak bezradnie? Który to już raz zawodnicy, którzy na papierze mają potencjał i potrafią grać w piłkę, dosłownie kopią się po czołach? Z perspektywy trybun, z minuty na minutę (do momentu utraty gola przez Raków), wyglądało to tak, jakby każdy piłkarz czekał na jak najmniejszy wymiar kary. Gol dla Zabrzan po stałym fragmencie? Istny kryminał piłkarski. Zagranie na krótki słupek powinno być zniwelowane w zarodku, a jednak Medaliki nie są w stanie powstrzymać dośrodkowania i na własne życzenie wpadają w ogromne tarapaty.
Reakcja po golu Massimo? Głowy w dół. Ten mecz już w tamtym momencie wisiał na delikatnym włosku.
Zmiany? A po co to komu potrzebne
W przerwie Łukasz Tomczyk zdecydował się na jedną zmianę. W miejsce bardzo kiepskiego tego popołudnia Patryka Makucha zameldował się Lamine Diaby-Fadiga. Francuz po swoim wejściu na boisko próbował jakkolwiek rozruszać grę, jednak widać, że to już nie jest ten sam zawodnik, który po tym, jak zmieniał swoich kolegów na początku sezonu, strzelał gole i robił coś z niczego na zawołanie. Niemniej jednak jest to jeden z nielicznych, przy którego nazwisku można postawić delikatny plusik. Ta jedna zmiana to jednak było za mało, szczególnie przy wyniku 0:1, gdzie totalnie nic się nie kleiło. Sam fakt, że również w przerwie Jean Carlos Silva nie został zmieniony, wręcz wołał o pomstę do nieba. Wahadłowy Rakowa praktycznie nie istniał już po utracie gola w pierwszej połowie, a mimo to wybiegł na murawę od początku drugiej części gry. Bramka na jego konto, tragiczny „drybling”, złe decyzje, straty. Tu naprawdę nie trzeba kończyć kursu UEFA, żeby wiedzieć, że Brazylijczyk nie miał prawa kontynuować tego meczu po przerwie.
Michael Ameyaw pojawił się na boisku w 57. minucie, ale z przebiegu całego spotkania był tak bardzo niewidoczny, że ciężko cokolwiek o tym występie wspomnieć – nie dał nic od siebie, ale również nie popełnił żadnego błędu.
Kolejne zmiany trener Tomczyk przeprowadził dopiero po stracie drugiego gola. Gola komicznego, gola tak absurdalnego, że ciężko to opisać w cenzuralnych słowach. Brak komunikacji między Tudorem a Zychem, wyjście bramkarza Rakowa w boczny sektor pola karnego, gdzie kapitan Medalików wybija futbolówkę głową do środka zamiast gdziekolwiek do boku, poślizgnięcie się Oliwiera przy powrocie do bramki i Maksym Khlan precyzyjnym strzałem ustala wynik spotkania. Czekamy tylko na powtórkę wideo tego gola z podłożoną muzyką z Bennego Hilla – totalna abstrakcja i brak wytłumaczenia na takie zachowanie.
Brak liderów? Brak drużyny
Na niektórych materiałach promujących finał Pucharu Polski można było zauważyć, że Jonatan Brunes jest mocno nakręcony tym meczem. Widać było ten ogień w oczach, a to mogło zwiastować, że Norweg poprowadzi Częstochowian po upragniony puchar.
Niestety, nic bardziej mylnego. Brunes był niewidoczny, słaby, wolny. Po prostu – nie dojechał piłkarsko, a upust swojej niemocy i frustracji wyładował wręcz w bandycki sposób na Lukasie Podolskim, kiedy to pod koniec spotkania zaatakował mistrza świata w sposób niedopuszczalny. Brunes nie chciał odebrać piłki – Brunes chciał trafić mocno w nogę i to mu się udało. Sędzia Przybył bez sekundy wahania pokazał kuzynowi Haalanda czerwony kartonik, a przez tę sytuację zrobiło się bardzo gorąco między obiema drużynami.
Ale nie tylko brak lidera w Jonatanie był widoczny. Na boisku nie było kogokolwiek, kogo można by chociaż w delikatnym ułamku takim liderem nazwać. Zresztą nie tylko w tym meczu, a od dłuższego czasu. Ivi to już nie ten sam Ivi co kiedyś, Tudor jest zagubiony. Środek pola? Tam jedyne, co można znaleźć, to ogromną dziurę. Ta drużyna potrzebuje wodza, ale żeby go znaleźć, to trzeba w najbliższym oknie transferowym po prostu kogoś sprowadzić i wykreować go na przywódcę.
Delikatne plusy
Mimo tak tragicznego meczu zawsze staram się kogoś wyróżnić. Wyżej już była wzmianka o Fadidze – trochę naciągane, ale jednak mały plusik jest. Na pochwałę na pewno zasługuje również Stratos Svarnas, który zagrał na miarę swoich możliwości i może gdyby koledzy chociaż trochę chcieli pograć w piłkę, to prawdopodobnie otarłby się o miano MVP. Dobrą zmianę również dał Adriano Amorim, ba – wszedł za katastrofalnego Carlosa i w porównaniu do swojego rodaka Adriano wyglądał jak Marcelo z Realu Madryt w swoim prime time. Niemniej większość sympatyków Rakowa wie, jak kolejne mecze będą wyglądać, a mianowicie – Carlos: pierwsza jedenastka, Adriano – ławka. Ot co, hierarchia musi być zachowana.
Już 8 maja w ramach 32. kolejki PKO BP Ekstraklasy Raków rozegra kolejny mecz. Na Limanowskiego 83 Medaliki podejmą Koronę Kielce.




