startBlogRelacja z wernisażu wystawy MARTTY WĘG „LAS”

Relacja z wernisażu wystawy MARTTY WĘG „LAS”

Konduktorownia, 5.12.2025.

Wysłane przez Artur Kita | gru 7, 2025 | Częstochowa | 4 min czytania

Relacja z wernisażu wystawy MARTTY WĘG „LAS”

Choć grudniowy wieczór przy ul. Piłsudskiego 34/36 zapowiadał się całkiem zwyczajnie, kilka kroków od Konduktorowni dało się wyczuć zapach lasu – choć nikt tym razem nie wnosił do środka świerkowej choinki. To po prostu była aura, którą przywiozła ze sobą MARTTA WĘG, otwierając swoją najnowszą wystawę o prostym, lecz jakże wieloznacznym tytule: „LAS”.

O godzinie 19:00 w dolnej sali Regionalnego Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych zrobiło się tłoczno. Publiczność napływała wartkim strumieniem — niczym mały potok płynący przez runo leśne, gdy wiosna jeszcze nieśmiało się przeciąga. I choć niektórzy uczestnicy wernisażu twierdzili, że przyszli dla sztuki, to jednak nie dało się ukryć, że spora część z nich liczyła także na to, by przez chwilę uciec od przedświątecznego zgiełku wprost do świata szumu drzew, paproci, mglistych ścieżek i kobiecych sylwetek migoczących między pniami. A kto mógł ich tam poprowadzić lepiej niż Artystka, która z lasem jest związana niemal tak mocno jak korzenie starego dębu? MARTTA WĘG — malarka z imponującym dorobkiem, absolwentka Europejskiej Akademii Sztuk, laureatka licznych nagród, stypendiów, artystycznych wyróżnień, a przede wszystkim autorka ponad 50 wystaw indywidualnych i uczestniczka ponad 150 ekspozycji zbiorowych — po raz kolejny udowodniła, że w jej twórczości las nie jest jedynie tematem, ale całym ekosystemem emocji.

Wejście na salę powodowało dziwne wrażenie: jakby ktoś dyskretnie uchylił drzwi do innego świata. Zamiast galerii — klimatyczna przestrzeń przypominająca skraj polany, gdzie za każdym płótnem zdaje się szumieć niewidoczny wicher. Obrazy pulsowały kolorem, światłem, oddechem natury. To nie były fotograficzne cytaty rzeczywistości, ale impresje, wizje, emocjonalne migotania, w których las powracał jako miejsce pamięci, zachwytu i cichej medytacji. Niektórzy goście przyznawali półgłosem, że musieli upewnić się dwa razy, czy przypadkiem ktoś nie odtwarza dźwięków lasu z ukrytych głośników. Inni spodziewali się, że za chwilę zza jednego z płócien wychynie nimfa, a przynajmniej jakaś bardzo zamyślona dziewczyna w zielonej sukience. Ale to tylko magia wyobraźni, którą tak umiejętnie porusza MARTTA WĘG. W obrazach Artystki często pojawiają się kobiece postaci.

Podczas wernisażu jedna z uczestniczek z uśmiechem zauważyła, że „gdyby wszystkie driady wyglądały tak jak u Martty, to nikt by z lasu nie wychodził, tylko od razu przeprowadził się pod brzozy”. I rzeczywiście — bohaterki tych prac nie tyle pozują, ile żyją w symbiozie z przestrzenią. Są jak ciche przewodniczki oprowadzające przez labirynt drzew i emocji. Kobiety są dla Martty medium — nie bohaterkami fabuły, lecz „łącznikami pomiędzy tym, co czuje, a tym, co odczytuje odbiorca”. W jej malarstwie nie ma ilustracyjnej narracji, jest za to klimat, pulsujący kolorem – niemal jak światło prześwitujące przez liście. Idniesienia do Cézanne’a i Pissarra, a także do antycznych temenos — świętych gajów, do których wstępowano z szacunkiem i drżeniem? Faktycznie – bardzo widoczne. I rzeczywiście, trudno oprzeć się wrażeniu, że wystawa „Las” jest współczesną reinterpretacją takich duchowych przestrzeni.

Są tu cienie, blaski, migoczące plamy barw, które niosą echo impresjonizmu, ale także osobistą opowieść artystki o dzieciństwie spędzonym w lasach, o porannych wyprawach na grzyby i o zachwytach, których nie sposób zapomnieć. Na wernisażu panowała atmosfera swobodna, życzliwa i lekko rozmarzona. Niektórzy goście przymierzali się do poważnej refleksji nad życiem, inni deklarowali, że po wyjściu pójdą na długi spacer po najbliższym zagajniku — choćby i miejskim. I to chyba najlepszy dowód, że wystawa działa, jak należy. Artystka podobno często powtarza, cytując piosenkę Maryli Rodowicz i Witolda Łukaszewskiego, słowa: „A las jak to las, będzie tu, nie będzie nas.” W tym kontekście jej prace stają się czymś więcej niż obrazami — są hołdem dla miejsca, które trwale zapisuje się w człowieku. A także przypomnieniem, że choć przemijamy, natura trwa i wciąż potrafi nas wzruszać. Wychodząc z Konduktorowni, odniosłem wrażenie, że powietrze pachnie nieco bardziej żywicznie niż zwykle, a świat na moment spowolnił. I jeśli to nie jest magia sztuki — to…co nią jest?

Artur Kita @ak

Nasi partnerzy

Logo
Logo
Logo