Raków przegrywa z Jagą i nerwowo zwraca oczy w stronę Warszawy.
Dla Rakowa – co oczywiste – z każdą kolejną kolejką maleje margines błędu w walce o mistrzostwo. Z kolei Jagiellonia wciąż wyprzedza Pogoń Szczecin – która, nomen omen, dziś uległa Radomiakowi – w wyścigu o europejskie puchary. Zatem w jednym z dwóch wielkich hitów kolejki ani obecni, ani poprzedni mistrzowie Polski nie mieli najmniejszego zamiaru odpuścić już od pierwszych minut. W tym meczu było wszystko. Bramki, walka, kontrowersje. Finalnie to przyjezdni wyszli z tego starcia zwycięsko, co może okazać się kluczowe w kontekście końcówki sezonu i ostatecznych rozstrzygnięć.
Wysłane przez Igor Grzesiak | maj 10, 2025 | Piłka nożna | 4 min czytania

Spis treści:
Prezent i niefortunna ręka
W pierwszych fragmentach spotkania to przyjezdni pewniej stawiali kroki na murawie, choć skuteczna gra defensywna Rakowa długo nie pozwalała im rozwinąć skrzydeł i to Raków powoli zaczynał rozdawać karty. Sławomir Abramowicz uznał w końcu, że warto dodać do tego majowego wieczoru odrobinę świątecznej atmosfery i zabawił się w świętego Mikołaja. Pomimo stosunkowo łatwej piłki do sparowania i obecności kilku kolegów z drużyny w polu karnym, wypiąstkował futbolówkę idealnie na głowę Iviego Lópeza. A zawodnik tej klasy — mimo że daleko mu do formy z najlepszych lat — wykorzysta 9 na 10 takich sytuacji. Tak było i tym razem.
Raków zyskał komfort korzystnego wyniku i mógł robić to, co potrafi w Polsce najlepiej ze wszystkich drużyn — obniżyć tempo gry i nigdzie się nie spieszyć. Do niemal samego końca pierwszej połowy wychodziło im to bez zarzutów, aż do doliczonego czasu gry, kiedy Fran Tudor niefortunnie ustawił rękę we własnym polu karnym. Los chciał, że piłka trafiła wprost w nią.
Od Kacpra Trelowskiego — mimo że rozgrywa fenomenalny sezon między słupkami — trudno oczekiwać cudów, a obrona strzału z wapna przy tak brutalnie skutecznym egzekutorze jak Afimico Pululu mogłaby za taki uchodzić. Do przerwy 1:1 i trzeba przyznać wprost, że obie bramki były raczej dziełem przypadku niż ekwilibrystycznej gry.
Raków kocha czerwień
Tak – stroje Rakowa są czerwone i tak, patrząc na przebieg całego sezonu, Raków można uznać za torreadora, który swoją ciężką, kunktatorską grą drażni przeciwników niczym byka czerwoną płachtą. Problem w tym, że to zamiłowanie do czerwieni na finiszu rozgrywek zaczyna być aż nadto przesadzone. Najpierw czerwona kartka Otieno i porażka z Pogonią, a dziś Fran Tudor – już na początku pierwszej połowy obejrzał żółtą kartkę za nierozważny faul na Pietruszewskim, a dziesięć minut po wznowieniu gry ponownie przerwał akcję Jagiellonii blisko własnego pola karnego i zobaczył drugą żółtą, a w konsekwencji czerwoną kartkę.
Drużyna, którą w tym meczu prowadził trener Artur Węzka (choć Marek Papszun, niczym sokole oko, obserwował spotkanie z najwyżej położonego punktu przy Limanowskiego), znacząco utrudniła sobie zadanie. Ta strata bolała Medaliki o tyle, że w drugą część spotkania weszli wyraźnie lepiej niż ekipa przyjezdnych.
Sędzia Raczkowski głównym aktorem spektaklu
Gospodarze, pomimo gry w dziesiątkę, wciąż potrafili sprawiać niemałe zagrożenie pod bramką Abramowicza. Ponownie jednak do gry weszły ich ręce – a to niestety nie siatkówka. W okolicach osiemdziesiątej minuty, po centrze w pole karne Rakowa, Afimico Pululu podniósł wysoko ręce w geście zdziwienia, że sędzia nie dostrzegł, którą częścią ciała Ivi Lopez zmienił tor lotu piłki. Sędzia Raczkowski już po raz drugi musiał wspomóc się technologią i ponownie wskazał na jedenastkę. Wspominaliśmy wyżej, z czym graniczy próba zatrzymania – już nie angolskiego – napastnika. Snajper mistrzów Polski nie pozostawił żadnych wątpliwości, pewnie zamieniając rzut karny na bramkę i notując dublet.
Od tego momentu żarty się skończyły – Raków musiał rzucić na szalę wszystkie siły, by po tej kolejce wciąż na pewno prowadzić w mistrzowskim Grand Prix. Nie miało już znaczenia, czy przegrają 1:2, czy 1:4 – trzeba było spróbować odwrócić losy meczu. Nie udało się. Medaliki mogą tracić grunt pod nogami i nerwowo zwracają wzrok w stronę Warszawy. Na ten moment ciężko wymieniać skutki tego spotkania. Na razie wszystko pozostaje w rękach Legii.
Raków Częstochowa – Jagiellonia Białystok 1:2 (1:1)




