Raków bez recepty na Radomiaka. Podział punktów w Częstochowie
Raków Częstochowa zremisował z Radomiakiem Radom 0:0 w 20. kolejce PKO BP Ekstraklasy.
Wysłane przez Jakub Zacharjasz | lut 8, 2026 | Piłka nożna | 6 min czytania

Spis treści:
Powrót do domu
Choć jesteśmy już po oficjalnym debiucie Łukasza Tomczyka w PKO BP Ekstraklasie (przegrana z Wisłą Płock 1:2), to w niedzielne popołudnie Raków, jak i nowy szkoleniowiec Medalików, wrócili do domu na Limanowskiego 83. Wielki dzień zarówno dla trenera, jak i całej częstochowskiej społeczności. Sam Tomczyk na konferencji przedmeczowej mówił o tym, że mocno wyczekuje swojego pierwszego meczu na częstochowskim obiekcie. No i kibice Rakowa ciepło przywitali go na „Limance”, skandując przed meczem jego nazwisko.
Na zondacrypto Arenę przyjechał Radomiak Radom pod wodzą nikogo innego, jak bardzo dobrze znanego częstochowskiej publice – Gonçalo Feio. Portugalczyk był asystentem Marka Papszuna w latach 2020–2022, kiedy to szlifował swoje umiejętności trenerskie i sukcesywnie budował swoją markę.
Goście z Radomia do tej pory nie rozegrali jeszcze oficjalnego meczu w rundzie wiosennej, a to za sprawą przełożonego spotkania z Arką Gdynia, kiedy to problemy z oświetleniem na stadionie uniemożliwiły rozegranie zawodów na Struga 63.
W wyjściowej jedenastce na dzisiejszy mecz trener Tomczyk nie mógł liczyć na pomoc swojego najlepszego strzelca Jonatana Brunesa ze względu na kontuzję pleców u Norwega. Do składu powrócił Fran Tudor, który zastąpił Ariela Mosóra względem pierwszego spotkania Medalików w tej rundzie.
Jedna połowa, dwa oblicza
Aura w Częstochowie była iście zimowa, choć boisko było bardzo dobrze przygotowane do gry w piłkę. Mimo, że ekipa spod Jasnej Góry wróciła do swojego domu, to lepiej w to spotkanie weszli goście, którzy starali się spychać gospodarzy do głębokiej obrony. Medaliki miały problemy z wyprowadzaniem piłki i jej rozgrywaniem, a chaos wydawał się być dość mocno obecny w szeregach Rakowa. Pierwszy kwadrans był ewidentnie pod dyktando Radomiaka, a swojej najlepszej sytuacji – ku uciesze częstochowskich kibiców – w 13. minucie nie wykorzystał Adrián Diéguez do spółki z Capitą Capembą. Hiszpan po podaniu Luquinhasa zszedł na prawą nogę i oddał przyzwoite uderzenie, ale na posterunku był Oliwier Zych, który sparował futbolówkę do boku, po czym Capita próbował ją dobić do bramki gospodarzy, ale ta wylądowała na poprzeczce.
Podopieczni Łukasza Tomczyka rozpędzali się jak samochód z silnikiem diesla – z początku szło opornie, ale im dalej w mecz, tym wchodzili na wyższe obroty. Po gorszych momentach z pierwszych 15–20 minut akcje tworzone przez Medalików zaczynały nabierać odpowiednich kształtów. Pierwszy celny strzał to uderzenie Fadigi z 21. minuty, choć tutaj tę sytuację można było zawdzięczać obrońcom Radomiaka.
Ostatnie 10 minut pierwszej części gry to już Raków, jaki kibice chcieliby oglądać w przekroju całego meczu. W 35. minucie wynik mógł ulec zmianie – Oskar Repka zagrał prostopadłe, płaskie podanie do Patryka Makucha, a ten uderzeniem po ziemi próbował pokonać Majchrowicza, jednak bramkarz gości był górą w tym pojedynku. Powtórki jednak pokazały, że napastnik czerwono-niebieskich prawdopodobnie był na pozycji spalonej.
Pięć minut przed końcem inauguracyjnej odsłony Lamine Diaby-Fadiga oddał kapitalny strzał z przewrotki, pokonując golkipera z Radomia, ale pomagał sobie przy tym rękoma i sfaulował kryjącego go obrońcę i sędziowie odgwizdali przewinienie Francuza. Ofensywny pomocnik Rakowa mógł już chwilę później zdobyć prawidłowego gola po zgraniu piłki głową przez Patryka Makucha, ale Majchrowicz wysoko wyszedł przed własną bramkę i nie dał się przelobować. Do przerwy w Częstochowie tablica wyników nadal wyświetlała wynik 0:0 i trener Tomczyk na pewno miał swoim podopiecznym sporo do przekazania w przerwie.
Oglądanie schnącej farby
Mecze Ekstraklasy potrafią nieść ze sobą ogrom emocji – piękne składne akcje, groźne strzały, wybitne pojedynki między poszczególnymi graczami, cudowne gole. Jednak to nie było to spotkanie. Jedyne, co mogło powstrzymywać kibiców przed drzemką na trybunach, była pogoda.
Owszem, Raków starał się prowadzić grę w drugiej połowie, ale z takiego obrotu spraw totalnie nic nie wynikało. Pierwsza groźna akcja Medalików po zmianie stron miała miejsce w 58. minucie, kiedy to kapitalnie Michael Ameyaw pomknął prawą stroną boiska, idealnie dograł do Patryka Makucha, ale napastnik Rakowa zamiast oddać prosty strzał, to próbował przyjmować i wyszło z tego niechlujne muśnięcie piłki piętą w kierunku Majchrowicza. Podopieczni Łukasza Tomczyka utrzymywali się przy piłce na połowie rywala, jednak poszczególne formacje graczy Radomiaka potrafiły eliminować potencjalne zagrożenie.
Goście odpowiedzieli dwa razy – raz za sprawą wprowadzonego na boisko Elvesa Baldé, który oddał groźny strzał w kierunku dalszego słupka Oliwiera Zycha, ale nie dokręcił futbolówki na tyle, aby ta zatrzepotała w siatce. Podobnym strzałem popisał się Christos Donis, ale tak samo jak w przypadku swojego kolegi z zespołu, uderzenie nie było na tyle precyzyjne, by zakończyło się golem dla Radomiaka.
Kiedy już wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że w Częstochowie obie drużyny podzielą się punktami, swoją piłkę meczową miał Lamine Diaby-Fadiga. Francuz otrzymał delikatne podanie na około 20. metrze, ale jego strzał powędrował minimalnie nad poprzeczką. Fadiga mógł zostać bohaterem tego arcynudnego meczu, ale kibice zgromadzeni na Limanowskiego 83 musieli obejść się smakiem.
Bardzo mocna prawa flanka, przyzwoity Fadiga
Co by nie mówić o tym spotkaniu, to jednak warto wyróżnić niektórych zawodników Rakowa. Kapitalne zawody rozegrał Fran Tudor, który był szefem w linii defensywnej, potrafił przerwać groźnie zapowiadające się akcje rywali, umiejętnie wyprowadzał piłkę ze swojej strefy, celnie dogrywał do partnerów, a w ofensywie kilka razy był w stanie szarpnąć obrońcami Radomiaka. Podobnie Michael Ameyaw, który był bardzo aktywny i może gdyby nieco chłodniejsza głowa Patryka Makucha przy sytuacji z 58. minuty, to wahadłowy Medalików cieszyłby się z asysty.
Lamine Diaby-Fadiga miał swoje momenty, był bardzo agresywny w doskoku, oddawał strzały, wchodził w drybling i było widać, że chce zdobyć gola na wagę zwycięstwa. Jego dzisiejszą postawę można porównać do gry Jonatana Brunesa w Płocku, kiedy to Norweg był liderem zespołu. Niestety, ale Francuzowi zabrakło trochę spokojniejszej głowy.
14 lutego Medaliki udadzą się na mecz do Lubina, gdzie zmierzą się z Zagłębiem i spróbują zrewanżować się za porażkę na własnym stadionie.
Zapraszamy również do obejrzenia naszego studia po meczu Raków – Radomiak, które znajduje się poniżej.



