Okropny Raków. Kolejna ligowa porażka Medalików
Raków Częstochowa przegrywa drugi mecz z rzędu w Ekstraklasie!
Wysłane przez Jakub Zacharjasz | wrz 16, 2025 | Piłka nożna | 7 min czytania

Spis treści:
W ramach 8. kolejki PKO BP Ekstraklasy Raków Częstochowa podejmował na własnym stadionie Górnik Zabrze. Mecz zakończył się zwycięstwem gości 1:0. Kolejna porażka czerwono-niebieskich nie napawa optymizmem przed kolejnymi spotkaniami z wymagającymi rywalami.
Powrót po przerwie reprezentacyjnej
Od ostatniego meczu ekipy spod Jasnej Góry minęły lekko ponad dwa tygodnie, kiedy to podopieczni Marka Papszuna przegrali wyjazdowe spotkanie z Pogonią Szczecin 0:2. Na konferencji po spotkaniu w Szczecinie trener Papszun mówił, że teraz będzie czas na odpoczynek, po którym czekają mecze w Częstochowie i Raków będzie się piął w górę tabeli. W trakcie tej pauzy od ligowego grania Medaliki rozegrały sparing z Odrą Opole, który okazał się zwycięski i to w sporych rozmiarach – aż 6:1. Był zatem czas na treningi, był czas na mecz kontrolny i spokojne przygotowania do powrotu na Limanowskiego 83 na mecz z Górnikiem. Jak to nie raz już bywało, okres, w którym kadry narodowe rozgrywają swoje mecze, różnie oddziaływał na poczynania ligowe. Niestety tym razem skończyło się najgorzej, jak tylko mogło.
Szybko poszło
Nadszedł czas niejako kibicowskiego święta na zondacrypto Arenie. Kibice mogli znów oglądać w akcji swój ukochany zespół, choć nastawienie przed tym meczem ze strony sympatyków Rakowa mogło być różne. Przede wszystkim ostatnimi czasy czerwono-niebiescy nie przyzwyczaili do pięknych widowisk publiki zgromadzonej na stadionach: problemy w ofensywie, problemy w defensywie, czy – abstrahując już od samej gry – zawirowania w kwestii sprowadzenia wahadłowego do rotacji dla Frana Tudora. Do tego doszły jeszcze kontrowersje w sprawie zgłoszonych (albo bardziej pominiętych) zawodników do gry w fazie ligowej Ligi Konferencji Europy.
Mecze z Górnikiem Zabrze nigdy nie należały do tych łatwych i przyjemnych, choć nie od dziś wiadomo, że każdy mecz jest inny i do tego spotkania oba zespoły podchodziły z możliwością napisania historii w swoim własnym stylu. Początek spotkania mógł zwiastować, że będziemy świadkami otwartego i intensywnego meczu. Jest takie powiedzenie: „cisza przed burzą”, ale na potrzeby tego tekstu należałoby zmienić lekko kolejność – burza przed ciszą. Co prawda już w 14. minucie to goście objęli prowadzenie po bramce Ousmane Sowa, który bez najmniejszych problemów poradził sobie z katastrofalnie interweniującym (zresztą już kolejny raz w tym sezonie) Zoranem Arseniciem, choć chwilę wcześniej również nie popisał się Bogdan Racovițan, przegrywający pojedynek główkowy w środku pola.
Nie ma co się oszukiwać – Trójkolorowi zdominowali czerwono-niebieskich w pierwszej połowie. Kontrola piłki, wysoki pressing, doskok do przeciwnika i łatwe odbiory – to były „firmówki” w wykonaniu Górnika. Raków wyglądał jak zespół półamatorski, a nie jak kilkukrotny medalista Polski. Statystyki do przerwy: Raków oddał JEDEN strzał – niecelne uderzenie z przewrotki Marko Bulata. Natomiast zabrzanie uderzali w stronę bramki Trelowskiego aż JEDENAŚCIE razy, z czego pięć z nich było celnych.
„Obrona” Częstochowy
W roku 1655, w czasie Potopu Szwedzkiego, miało miejsce oblężenie Jasnej Góry. Odparcie ataku na częstochowski klasztor było symbolem determinacji, stając się podstawą dla legendy o cudownej obronie. Często w meczach nawiązujemy do „obrony Częstochowy” w kontekście heroicznej defensywy. Jak pisaliśmy w ostatnim felietonie (TUTAJ) – Raków swego czasu słynął z kapitalnej formacji obronnej, tracąc przy tym śladowe ilości goli. Co dzieje się teraz? Jedna wielka katastrofa. Czerwono-niebiescy defensorzy potrafią biegać po boisku jak jeźdźcy bez głowy, popełniają dziecinne błędy i nieodpowiedzialnie próbują rozgrywać, co nieraz już kończyło się groźnymi stratami. Mimo wszystko zmian personalnych w tej linii brak. Ile jeszcze błędów muszą popełnić Arsenić, Racovițan czy Tudor, który jest cieniem samego siebie? Jedynie Stratos Svarnas swoimi występami zasługuje na pochwały jako lider obrony Rakowa.
Oprócz akcji bramkowej warto przypomnieć jeszcze jedną sytuację z pierwszej połowy. Górnik wykonywał rzut rożny, po którym piłka powędrowała na długi słupek bramki Kacpra Trelowskiego, a tam Rafał Janicki, kryty przez Frana Tudora, przyjął sobie piłkę głową, mijając Chorwata i po tym zdołał jeszcze dograć piłkę wzdłuż pola karnego. Tylko szczęście uratowało Medalików w tej sytuacji.
Druga połowa i szukanie pozytywów
Już od 46. minuty trener Papszun dokonał aż trzech zmian. Na boisku zameldowali się Michael Ameyaw, Adriano Amorim oraz – wypożyczony z niemieckiego FC Köln, były zawodnik Widzewa Łódź – Imad Rondić. Niewiele brakowało, a nowy napastnik Rakowa mógł doprowadzić do wyrównania, ale po bardzo efektownym podaniu piętą od Ivi Lopeza wyraźnie się pomylił, uderzając nad poprzeczką bramki strzeżonej przez Marcela Łubika. Druga część spotkania była zupełnie inna w porównaniu do tego, co działo się w pierwszych 45 minutach. Medaliki wrzuciły wyższy bieg i kreowały sobie sytuacje, ale niestety – zabrakło skuteczności. Z biegiem czasu czerwono-niebiescy byli zmuszeni bardziej się otworzyć, co tworzyło sytuacje dla Trójkolorowych. W pewnym momencie podopieczni Michala Gašparíka przetrwali napór Rakowa i starali się niejako „stłamsić” zapędy Medalików. Po jednej z kontr Fran Tudor na spółkę z Zoranem Arsenićem zderzyli się ze sobą w trakcie próby wybicia piłki, a zza ich pleców pomknął wcześniej wprowadzony na boisko Roberto Massimo i w pojedynku sam na sam przegrał z Trelowskim, choć gdyby postanowił podzielić się futbolówką, to prawdopodobnie porażka byłaby bardziej dotkliwa.
Nie samym wytykaniem błędów człowiek żyje. Warto pochwalić trzech zawodników trenera Marka Papszuna, a mianowicie – Ivi Lopeza (ale tylko za drugą połowę), Marko Bulata, który po raz kolejny trzyma poziom i zasługuje na wyjściowy skład, oraz zmiennika Imada Rondića, u którego było widać ciąg na bramkę i chęć zdobycia gola. Zdecydowanie bośniacki napastnik wprowadził impuls w poczynania Rakowa swoją grą.
Czy leci z nami pilot?
Jaki był plan na to spotkanie? Co przed rozpoczęciem meczu przekazał swoim piłkarzom Marek Papszun? To była najgorsza pierwsza połowa w wykonaniu Rakowa od dawna i aż dziw bierze, jak to się stało, że z tak tragicznej gry w pierwszych 45 minutach druga połowa była totalną odwrotnością. Nie oszukujmy się – coś się dzieje w szeregach sztabu, a może i nie tylko. Po raz kolejny byliśmy świadkami nieporadności, a wręcz niechlujnej gry. To nie jest tylko i wyłącznie wina trenera, zawodnicy również nie pomogli w odbiorze tego „widowiska”. Natomiast nie wierzę, że trener nie widzi nic złego w grze defensywnej i cały czas stawia na tych samych piłkarzy, którzy już nie pierwszy raz przyczyniają się do porażki. Co jeszcze musi się wydarzyć, żeby coś się zmieniło? Za rogiem mecz z Legią, a szkoleniowiec stołecznego zespołu pojawił się przy Limanowskiego 83 i na pewno wyciągnął wnioski z tego, co miał przyjemność zobaczyć na własne oczy. Trener Papszun może mieć nie lada zagwozdkę po ostatnich meczach ligowych. Jeżeli sobotni mecz z Legią zakończy się porażką w podobnym albo jeszcze gorszym stylu (czego nie można wykluczyć), to nie będzie usprawiedliwienia i cała wina prawdopodobnie spadnie na barki trenera Medalików. Pamiętajmy również, że po sobotnim meczu z Legią czeka jeszcze spotkanie z Lechem u siebie i Widzewem na wyjeździe. Szykuje się bardzo trudny i gorący okres na boiskach, jak i w gabinetach Rakowa.
Zapraszamy również do obejrzenia naszego studia pomeczowego Raków Częstochowa – Górnik Zabrze, które znajdziecie poniżej.




