startBlogNa chłodno po sezonie. Raków dostarczył sporo emocji

Na chłodno po sezonie. Raków dostarczył sporo emocji

Rozgrywki PKO BP Ekstraklasy 2024/2025 to już przeszłość. Raków i kibice mimo utraty mistrzostwa na finiszu, zapamiętają ten sezon pozytywnie oraz jako szczególnie emocjonujący.

Wysłane przez Jakub Zacharjasz | cze 6, 2025 | Piłka nożna | 7 min czytania

Na chłodno po sezonie. Raków dostarczył sporo emocji

Nostalgiczny powrót

Ten sezon z perspektywy Medalików był jak przejażdżka rollercoasterem. Po powrocie Marka Papszuna nastroje w Częstochowie były pozytywne, choć można było mieć co do tego pewne obawy. Wszyscy doskonale pamiętają dzień, w którym Raków uniósł najważniejsze trofeum w Polsce. Często wracam do tego dnia, do moich prywatnych, archiwalnych zdjęć. Jestem takim sentymentalnym gościem. Kiedy rozbrzmiał ostatni gwizdek w meczu z Zagłębiem Lubin na Limanowskiego 83, ciężko było powstrzymać emocje. Cały stadion został do samego końca, żeby świętować z zawodnikami. Trudno mi zapomnieć, jak z trybuny prasowej rzuciłem Marcinowi Cebuli okazjonalną koszulkę z okazji mistrzostwa do podpisania, a Bartek Nowak musiał ją przytrzymać, bo Marcin nie mógł swobodnie złożyć na niej podpisu.

Później to już znana historia – wszyscy na plac Biegańskiego na wielką imprezę. Na pierwszą w historii klubu fetę Mistrzów Polski. Nie będę się o tym rozpisywał, bo nie o to tutaj chodzi. Najważniejsze z tamtego wieczoru było to, że zamieniłem kilka słów z Markiem Papszunem. Podziękowałem za to, co zrobił pod Jasną Górą i życzyłem powodzenia w dalszej karierze. Marek Papszun tym samym zbudował sobie pomnik. Pomnik, który w momencie powrotu – po słabszym sezonie w wykonaniu Medalików pod wodzą Dawida Szwargi – w moim odczuciu mógł, może nie tyle runąć, co na pewno zadrżeć w posadach.

Trudne początki czegoś dobrego

Przechodząc już do zakończonego sezonu – początek nie był fantastyczny. Słabsza kadra, niektórzy zawodnicy odstawieni na boczny tor, nieudane transfery, takie jak Vasilios Sourlis czy Kristoffer Klaesson, który miał problemy z nadwagą, a do tego został jeszcze przyłapany, jak gdyby nigdy nic, w jednym z częstochowskich McDonald’sów. Kontuzje, potrzeba rotacji – nie oszukujmy się, problemy występowały i trzeba było gasić pożar. Szybkie odpadnięcie z Pucharu Polski z Miedzią Legnica mogło ostudzić optymizm związany z powrotem Marka Papszuna na ławkę trenerską. Rakowowi została tylko liga i można się było na niej maksymalnie skupić.

Mecze wyjazdowe? Wynikowo wyglądało to naprawdę obiecująco, choć styl był toporny, siermiężny. Innymi słowy – po prostu ciężko się to momentami oglądało. Ale nie za styl przyznaje się punkty w piłce nożnej. Ci najbardziej złośliwi mówili, że podczas meczu Rakowa można było spokojnie przymknąć oko i zregenerować się przed kolejnymi spotkaniami. I ja bez bicia się z tym zgodzę – ta drużyna była do bólu nudna. Granie po obwodzie, tysiące wrzutek na napastnika, z których mało co wynikało. Oczywiście były przebłyski, ale to nie był zespół, który w sezonie mistrzowskim potrafił rozklepać obronę przeciwnika jak schabowe na niedzielny obiad. Porażki z Cracovią czy Piastem u siebie to było za dużo, nawet jeśli ta drużyna nie była jeszcze do końca zgrana.

Później jednak przyszła seria dobrych meczów, umiejętność kontroli gry, a także radzenie sobie w trudnych momentach – jak choćby mecz z Lechią w Gdańsku, gdzie przy stanie 1:0 Raków potrafił się dźwignąć i w ostatnich trzech minutach zdobyć dwa gole, przechylając szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Maszyna ruszyła, choć czasem potrafiła się zaciąć.

Powodów do ekstazy częstochowscy kibice mieli co niemiara

Mecz z Pogonią przy Limanowskiego 83? Nie jestem pewien, ale czegoś takiego chyba w życiu nie widziałem. Obrońca strzela gola w dziesiątej minucie doliczonego czasu – anulowanego przez VAR – a dosłownie trzy minuty później ten sam obrońca, Matej Rodin, trafia ponownie, tym razem już zgodnie z przepisami i Częstochowianie wyrywają zwycięstwo Portowcom z gardła. Było też kapitalne uderzenie głową Brauta Brunesa w meczu z Widzewem w Łodzi w ostatnich minutach – na wagę zwycięstwa. Gol Jeana Carlosa w ostatniej akcji z Motorem Lublin, dający remis przy Limanowskiego, czy zdominowanie Lecha w Poznaniu, gdzie mecz mógł zakończyć się kompletnym upokorzeniem Kolejorza, gdyby nie Bartosz Mrozek w bramce.

Ekstraklasa jednak rządzi się swoimi prawami. Po drodze były też słabsze wyniki: remis we Wrocławiu, remis w Kielcach czy porażka z beniaminkiem z Katowic w Częstochowie. Było widać i czuć, że jest dobrze, ale apetyt rośnie w miarę jedzenia. Pod Jasną Górą Raków, jak i kibice, poczuli krew. Wiedzieliśmy, że mogą się wydarzyć rzeczy wielkie – mimo że na półmetku sezonu Raków tracił sześć punktów do Lecha.

Drugie mistrzostwo na wyciągnięcie ręki

Mieliśmy to. Mieliśmy przewagę i wszystko w swoich rękach (i nogach). Sam poczułem, że to może być ten sezon, w którym po raz drugi sięgniemy po złoto. Biję się w pierś, ponieważ byłem jednym z tych, którzy nie wierzyli w taki przebieg wydarzeń. Z tyłu głowy miałem jednak myśl, że ten sezon już kiedyś widziałem – i bałem się, że skończy się jak w rozgrywkach 2021/2022.

Najważniejsze z perspektywy sportowej jest to, żeby nic nie zostawiać w rękach losu, a Medaliki niestety musiały na ten los liczyć. Lech skrzętnie wykorzystywał nasze potknięcia – przegrana z Jagiellonią? Proszę bardzo, Lech wygrywa na Łazienkowskiej i jest już punkt przed Rakowem. I kiedy częstochowianie nie zdołali wygrać w Kielcach, pojawiła się autostrada dla Kolejorza. Jednak GKS postawił trudne warunki i zdziwieni poznaniacy wywieźli z Katowic tylko (i aż) remis.

Bezpodstawne pomówienia i ekstraklasowy skandal

Aby jeszcze dorzucić do pieca – po meczu w Katowicach trener Lechitów – Niels Frederiksen był zaniepokojony doniesieniami, jakoby Raków złożył katowiczanom propozycję, że jeśli wygrają z Kolejorzem, mogą liczyć na sporą premię. I wtedy się zaczęło: artykuł bazujący na domysłach i plotkach na portalu Meczyki.pl, autorstwa Tomasza Włodarczyka i znanego kibica Lecha Poznań – Dawida Dobrasza, a potem dołączyły m.in. Weszło czy bardziej stonowany tekst na Goal.pl. Wielka afera o próbę wypaczenia sportowej rywalizacji, bo GKS „nie rozłożył nóg” przed „Wielkim Lechem”. Dochodzi do tego obecność przewodniczącego rady nadzorczej Rakowa, Wojciecha Cygana. Dla niewtajemniczonych – Cygan przez sześć lat był związany z GKS-em i jeśli miał okazję, przyjeżdżał na mecze do Katowic. Co więcej – sam Cygan wnosił o oficjalne uznanie za nielegalne przekazywanie tzw. „premii motywacyjnych”. Czy Frederiksen chciał w ten sposób wywrzeć presję na Rakowie? A może ktoś celowo podrzucił temat szkoleniowcowi Lecha? Tego już się nie dowiemy.

Raków ze srebrnym medalem

Gdyby ktoś 19 lipca 2024 roku podszedł do mnie i powiedział: „Hej, Raków skończy ten sezon na podium i będzie do ostatniej kolejki walczył o mistrzostwo”, to powiedziałbym, żeby wziął rozpęd i uderzył głową w ścianę. Miejmy na uwadze to, co napisałem na początku – ta drużyna przeszła przez wiele różnych zawirowań i ten bałagan trzeba było posprzątać. Marek Papszun to zrobił. Nie chcę pisać, że zrobił coś z niczego, ale patrząc na to, w jakim stanie zastał szatnię po powrocie, należą się ogromne brawa. Ten srebrny medal, to wicemistrzostwo – to gigantyczny sukces i tak musimy to traktować. Raków wraca do Europy, jest jedną z najlepszych drużyn w Polsce, a słowa właściciela – Michała Świerczewskiego – skierowane do kibiców po zakończeniu meczu z Widzewem jeszcze bardziej rozbudziły nadzieje na sukces w kolejnym sezonie. Raków, który jest klubem z ograniczeniami, od powrotu do Ekstraklasy stał się kamyczkiem w bucie tych największych – i to też rzecz, z której społeczność Rakowa może być dumna. Dumna z klubu, drużyny i miasta.

Całe rozgrywki 2024/25 w wykonaniu Rakowa Częstochowa podsumowaliśmy w zeszłym tygodniu na naszym kanale NA WYLOT. W trakcie programu łączyliśmy się między innymi z Wojciechem Cyganem. Całość jest dostępna poniżej.

Nasi partnerzy

Logo
Logo
Logo