Martin Saczek (Razem): Jesteśmy w stanie potroić liczbę członków
Jak Adrian Zandberg stał się drugą siłą u młodych wyborców? W jakim stopniu Razem stoi w opozycji do rządzących Częstochową? Jakie są cele i plany lokalnego okręgu tej partii?
Wysłane przez Kamil Bednarski | cze 3, 2025 | Częstochowa | 16 min czytania

Po niezłym wyniku Adriana Zandberga w wynikach prezydenckich partia Razem przeżywa renesans. „Liczba zgłoszeń jest prawie trzycyfrowa” – przekazuje Martin Saczek z częstochowskiego okręgu tego ugrupowania. W rozmowie z portalem NA WYLOT działacz i kandydat na prezydenta miasta z 2018 roku opowiada o rosnącym zainteresowaniu dołączeniem do struktur młodzieży, a także swoim spojrzeniu na krajową i lokalną politykę.
Karol Nawrocki został prezydentem-elektem. Czy to dobry wybór dla Polski? Zaskoczenie?
Dla mnie nie było to zaskoczenie, biorąc pod uwagę, jak wyrównana była to kampania. Jest to przede wszystkim czerwona kartka dla obecnego rządu. Badania pokazują, że w dużej mierze byli to młodzi wyborcy, dla których standardowe hasła „anty-PiS”, bez żadnych postulatów za tym stojących, już nie działają. Młodzi wyborcy chcą czegoś innego i postanowili dać kartkę temu rządowi.
Na kogo oddał Pan swój głos w drugiej turze?
Głosowanie, jak wiemy, jest tajne. Partia Razem, którą reprezentuję, mówiła wprost, że nie poprzemy żadnego z kandydatów, gdyż każdy z nich na różnych polach był dla nas fatalny. Jeśli chodzi o Karola Nawrockiego, to nie tylko kwestie związane z prawami człowieka, ale uważaliśmy, że Prawo i Sprawiedliwość w tej kampanii bardzo skręciło w kierunku wolnorynkowych postulatów Konfederacji, do których jest nam jak najbardziej daleko. A jeśli chodzi o Platformę i Rafała Trzaskowskiego, widzieliśmy, jak ludzie są zdenerwowani na ten rząd, który nie spełnia ich postulatów. Powiedzieliśmy im wprost: uchwalmy przygotowaną już przez rząd ustawę o budownictwie mieszkalnym. Znowelizujmy budżet, dajmy więcej pieniędzy na system zdrowia, bo on się rozleci — już się rozlatuje. Jeśli chodzi o mnie, wziąłem udział w wyborach, ale jak zagłosowałem, zostawię dla siebie.
Jakiś moment kampanii uważa Pan za kluczowy? Głośno było o słowach posła Przemysława Witka wybranego z ziemi częstochowskiej. Cóż, szkoda obiecać.
Tak to prawda, bo przed drugą turą obaj kandydaci obiecywali wszystko. Karol Nawrocki obiecał Sławomirowi Mentzenowi wszystko, co chciał, a Rafał Trzaskowski również zaczął opowiadać o budownictwie mieszkaniowym. Chcieliśmy to zweryfikować i uchwalić ustawę — tej woli nie było. Dla mnie osobiście drugim takim obrazkiem, który zbulwersował wielu moich znajomych i wiele osób, było zdjęcie posłanki Kingi Gajewskiej w DPS z workiem ziemniaków. Jeśli tak ma to wyglądać, jak nasz rząd traktuje społeczeństwo, to nie dziwię się końcowemu wynikowi wyborów.
Będzie głosowanie nad wotum zaufania dla rządu Donalda Tuska. Czy rada ministrów przetrwa?
Moim zdaniem Polacy wypowiedzieli się zdecydowanie przeciwko temu rządowi w niedzielę. Nie zdziwiłbym się, gdyby rząd nie dostał wotum zaufania, o które Donald Tusk ma wystąpić. Tarcia koalicjantów są tak spore, że nie dziwię się, iż rząd funkcjonował, jak funkcjonował, a ustawy nie wpływały do prezydenta Dudy. Byłoby dużo łatwiej Trzaskowskiemu prowadzić tę kampanię, gdyby uchwalano te ustawy w Sejmie i dawano je do podpisu prezydentowi. Wtedy mogliby powiedzieć: „Próbowaliśmy, zawetował nam”. A tutaj w oczach wielu Polaków, także mnie, rząd był nieudolny, z mało spełnionymi obietnicami — i taki mamy rezultat.
A jak Pan odbiera te komentarze, że Razem znów było piątą kolumną PiS-u i zaszkodziło “obozowi demokratycznemu”?
Po raz kolejny Platforma Obywatelska i jej zwolennicy w przypadku przegranej nie szukają się winy w sobie, ale w innych. Tak jest teraz jak i dziesięć lat temu— najłatwiej po prostu zrzucić winę na piątą kolumnę, zamiast szukać jej we własnych szeregach.
Poparcie Lewicy topnieje. Zarzuca się niewielką sprawczość w koalicji tego ugrupowania. Czy ta formacja przetrwa po kolejnej podwójnej porażce?
To był właśnie jeden z argumentów, dla których partia Razem zdecydowała się wystąpić z parlamentarnego klubu koalicyjnego Lewicy. Partia Razem widziała, że bardzo dużo lewicowych, prospołecznych, prawoczłowieczych postulatów odbija się od ściany, jeśli chodzi o pozostałych koalicjantów. I tej sprawczości jest niewiele. A jeśli jej nie ma, to nie ma co zostawać w rządzie tylko dla stołków. I jako Razem podjęliśmy odważną decyzję, żeby budować ugrupowanie od nowa, pracować na własny rachunek, by pokazać, że inna polityka — taka bardziej oddolna — jest możliwa. Dobry rezultat Adriana Zandberga to pokazuje. Teraz w sondażach również mamy wyniki około 5 procent, tysiące ludzi gotowych do wstąpienia do szeregów partii, a także w Częstochowie mamy już kilkadziesiąt nowych osób, które przyjęliśmy.
Czy jest Pan zadowolony z wyniku Adriana Zandberga – to jedno z odkryć tych wyborów, ale na finiszu oczekiwania były jednak większe.
Musimy zwrócić uwagę, z jakiego pułapu tę kampanię zaczęliśmy. Te sondaże dawały Adrianowi pół procent i stopniowo to wzrastało. Na początku nie dawano nam nawet szans, że Partia Razem może zebrać 100 tysięcy podpisów, a zebraliśmy je z nawiązką — nawet w samej Częstochowie i powiatach to około 10 tysięcy. Oczekiwania oczywiście były duże, biorąc pod uwagę cały hype w internecie na Adriana Zandberga — różnego rodzaju piosenki, przeróbki, memy, które były też widoczne na ostatnim spotkaniu w Częstochowie. Biorąc pod uwagę środki finansowe, które udało nam się zebrać w Polsce od darczyńców — czyli około 800 tysięcy złotych — możemy je porównać ze środkami innych kandydatów, które były wielomilionowe. Jestem zadowolony.
Wspomnieliśmy o naborze do partii Razem. Jakim dużym zainteresowaniem cieszy się rekrutacja w Częstochowie? Czy to będzie realna siła polityczna w mieście?
Liczba zgłoszeń jest prawie trzycyfrowa, z czego z już ponad 30 nowymi osobami udało się spotkać. Podpisali oni deklaracje członkowskie i stopniowo wdrażamy ich w działania naszej partii. Planujemy zrobić to przez okres letni. Jesteśmy też w trakcie szukania lokalu biurowego na naszą działalność, a po wakacjach będziemy w stanie powołać zarząd lokalny i koła terenowe, ponieważ mamy zgłoszenia nie tylko z Częstochowy, ale też z powiatów wokół. Co nas cieszy, bo to pokazuje, że nie jesteśmy tylko partią wielkomiejską, a taka łatka jest nam przypinana. Myślę, że jesteśmy w stanie potroić liczbę członków, bo do tej pory oscylowała ona w okolicach 30 osób. Tym bardziej że wszystkie te osoby były zaangażowane — czy to w dystrybucję gazetek, czy w plakatowanie. Dlatego widać, że nawet jeśli osób jest niewiele, jesteśmy w stanie zrobić aktywną kampanię.
W ostatnich wyborach samorządowych kandydował Pan z komitetu Wybieram Częstochowę. Czy jest to wasz potencjalny partner, bądź baza z której możemy się spodziewać wzmocnienia kadr?
Myślę, że to są dwa niezależne byty. Wracając jeszcze do rezultatów wyborów prezydenckich, jedną z konsekwencji tego, że Karol Nawrocki został wybrany na Prezydenta Polski, będzie podtrzymanie limitu dwóch kadencji dla prezydentów miast, które uchwalił jeszcze PiS. Mówiono, że Platforma mogłaby to znieść, ale po tych wyborach wygląda na to, że czeka nas — jeśli nie będzie żadnych niespodzianek — ostatnia kadencja Krzysztofa Matyjaszczyka. Następne wybory będą bardzo ciekawe. Natomiast jeśli chodzi o „Wybieram Częstochowę”, postanowiłem wesprzeć osoby, które tworzyły ten komitet, nawet z dalszego miejsca na liście, ponieważ z osobami go współtworzącymi łączyły mnie postulaty, dotyczących ochrony środowiska czy kształtowania demokracji lokalnej. Mimo różnic, które przekreślałyby taką współpracę na polu krajowym, gdyż część osób miała inne poglądy na temat praw człowieka czy gospodarki, jeśli chodzi o politykę lokalną, jesteśmy w stanie z wieloma ugrupowaniami i osobami, mimo różnic w poglądach, współpracować.
Czyli Razem namiesza w następnych latach w układzie rządzącym lub go zmieni?
Myślę, że biorąc pod uwagę duży zapał nie tylko starszych działaczy, ale i nowej rzeszy osób, które chcą zmiany i widzą, że nawet w małych sprawach często odbijają się od urzędu miasta, wystąpimy z kilkoma akcjami. Chcielibyśmy dzięki nim zaznaczyć te elementy polityki lokalnej, na których realizacji najbardziej nam zależy. Będziemy przygotowani na różne warianty — czy do startu samodzielnego, czy będziemy rozmawiać z innymi osobami, przykładowo tymi, które współtworzyły „Wybieram Częstochowę”.
Jak Pan ocenia wieloletnie rządy Lewicy z prezydentem Matyjaszczykiem?
Widzimy tutaj, nawet po ostatnich poczynaniach, że nie jest to władza, która ma na celu jakiekolwiek ambitne projekty. Nie chce prowadzić ambitnej polityki ani inwestycji rozwojowych. Przykładem jest właśnie linia tramwajowa na Parkitkę — całkiem niedawno sprawa przez lata obiecywana, a teraz nagle prezydent miasta stał się wielkim obrońcą przyrody, mówiąc, że jej nie wybudujemy, bo szczędzimy setki drzew. Te drzewa w trakcie jego rządów nie były oszczędzane w przypadku innych inwestycji, gdzie można było to zrobić. Moim zdaniem to dużo straconych szans i bylejakości. Bardziej interesowało ich, żeby wstawić swoich ludzi do rady nadzorczej. Mamy byłego europosła, który wylądował na ciepłej posadce — więc widać, jakie są priorytety.
Poparłby Pan referendum, o którym mówi się od początku roku?
Nie tylko PiS, ale i Partia Razem od początku miała w postulacie dwukadencyjność władz samorządowych. Widzimy już, że gdy prezydent zasiedzi się na swoim stanowisku, zaczyna brakować mu motywacji do działania. Takie referendum, a nawet inicjatywa w tej dziedzinie, mogłaby sprowokować do konkretniejszych działań prezydenta. Więc nie mówię nie.
Największy klub radnych od ubiegłego roku ma nie Lewica, a Koalicja Obywatelska. Czy to była znacząca roszada?
Jeszcze wcześniej symbolem KO w Radzie Miasta dla mnie osobiście była Jolanta Urbańska, która, jak wiemy, nie jest już radną, ale była osobą odznaczającą się w polityce lokalnej. Dalej się odznacza, ale już na innym polu. Moim zdaniem na ten moment to przede wszystkim przybudówka prezydenta miasta. Nie widzę różnicy w porównaniu do poprzednich kadencji. A Nowa Lewica to po prostu SLD po rebrandingu i, szczerze mówiąc, jestem ciekaw, co taka młoda osoba, która widziała Magdę Biejat w wyborach prezydenckich i pomyślała: „Pójdę do partii, podziałam, tacy młodzi, świeży ludzie” — pomyśli po pierwszym spotkaniu w Częstochowie. Ale widzieliśmy w ostatnich wyborach, że liczba mandatów dla tzw. Nowej Lewicy mocno spadła, także moim zdaniem to już jest takie powolne dogrywanie, chyba że nas jeszcze zaskoczą.
Lewica to rzeczywiście w Częstochowie głównie stara gwardia. A gdyby ona ruszyła w waszym kierunku, bylibyście na nią otwarci?
Powiem tak — zawsze inaczej patrzymy na osoby, które już wcześniej piastowały stanowiska publiczne. Podejmujemy decyzje indywidualnie dla każdej osoby. Przyglądamy się jej wcześniejszym poczynaniom, bo nie ma u nas miejsca dla osób, które jedno mówią, a drugie robią. Zobaczmy przykładowo inicjatywę sprzed kilku lat w sprawie bezpłatnej komunikacji dla uczniów w Częstochowie — bardzo cicho umarła w trakcie pandemii i już nie wróciła. A z drugiej strony mieliśmy obietnicę na szczeblu centralnym, jak to Włodzimierz Czarzasty powiedział, że „wszystko, co jest dane, nie będzie zabrane”. Tutaj mamy taki rozdźwięk. Ja do polityki wszedłem po to, by nie mówić jedno i robić drugie, tylko podążać konkretną ścieżką. Podsumowując, każdej osobie przyjrzymy się indywidualnie.
Częstochowa jest miastem, które w szczególnym stopniu zmaga się z wyludnianiem. Jaki byłby wasz pomysł na naprawę tego?
To, co mamy w programie ogólnopolskim, to lokowanie nowego przemysłu oraz inwestycji przemysłowych z dala od wielkich miast. Byłyby to inwestycje, które pozwoliłyby młodym ludziom także tutaj, w Częstochowie, znaleźć pracę. I tutaj jeśli chodzi o nasze miasto, jestem w stanie pochwalić obecną koalicję rządzową zrobiła porządek właścicielski z Hutą Częstochowa. Biorąc pod uwagę ten przykład, państwo może prowadzić aktywną politykę przemysłową i tworzyć nowe miejsca pracy w przemyśle. Dodatkowo rozwój ośrodków akademickich oraz podniesienie wydatków z 1% PKB do 3% to ważne kroki, aby nie tylko wielkie ośrodki, jak Warszawa czy Kraków, się rozwijały, ale też żebyśmy mieli wykwalifikowanych pracowników u nas.
Zandberg zbudował znaczną część swojego wyniku na mieszkalnictwie. Jak Pan zapatruje się na kwestię najmu mieszkań komunalnych, o którą w zasadzie co rok walczy część częstochowian na sesjach rady miasta?
Co do zasady, zgadzam się, że zasób komunalny powinien pozostać komunalny. Wszelkiego rodzaju bonifikaty mogą prowadzić do nadużyć, typu „Karol Nawrocki i Pan Jerzy”. Uważam, że w tej sprawie powinno być mniej emocji, a więcej dialogu. Tymczasem władze miasta nie uznają żadnych argumentów mieszkańców. Moim zdaniem mieszkania nie powinny być wykupywane, ale chętnie bliżej poznałbym racje obecnych lokatorów.
Niedawno mieliśmy na placu protest dotyczący dworca. Był zawód, że centrala nie zdołała zahamować wcześniej podjętych decyzji, a mimo zgodności wszystkich stron politycznych, większą aktywnością wykazywały się jednak ugrupowania opozycyjne.
Z naszej inicjatywy członków częstochowskiego Razem, sprawę podjęła Paulina Matysiak z naszego koła poselskiego, która działała już w tej sprawie w poprzedniej kadencji i kontynuowała to również na ostatnim proteście. Widać, jakie są priorytety centrali — nie patrzy dalej niż Warszawa, nie interesują ją problemy miast takich jak Częstochowa. Szczerze mówiąc, po panu ministrze nie spodziewam się wiele. Wiemy, że Paulina Matysiak wystosowała zaproszenie do ministra, aby przyjechał do Częstochowy i zobaczył, jak wygląda ta inwestycja. Zobaczymy, co uda się zrobić. Aktywiści nie składają broni, ale moim zdaniem jesteśmy w trudnej sytuacji, gdyż inwestycja de facto już się rozpoczęła.
Mówiliśmy o rozwoju miasta i Częstochowy. Tematem, który nie doczekał się realizacji w ostatnich kilkunastu latach, a którym żyje miasto, jest budowa stadionu piłkarskiego.
Powiem całkiem szczerze — jeszcze dziesięć lat temu, gdy Raków nie był tym Rakowem, który dziś odnosi sukcesy, uważałem, że nie potrzebujemy pełnowymiarowego stadionu. Zastanawiałem się, po co taka inwestycja. Muszę jednak przyznać, że się myliłem. Stadion jest miastu potrzebny, nie tylko z powodów tożsamościowych czy godnościowych — Raków to chluba naszego miasta i regionu — ale też z przyczyn pragmatycznych. Taki stadion mógłby realnie wspierać gospodarkę regionu. Tłumy kibiców przychodzące na mecze z pewnością pomogłyby lokalnej turystyce. Oczywiście pojawia się argument, że teraz inwestycja jest cztery razy droższa niż pięć lat temu, więc nie ma sensu, bo i tak nie będzie dofinansowania. Moim zdaniem właśnie dlatego, że to kosztowna inwestycja, miasto nie udźwignie jej samodzielnie bez współpracy z rządem centralnym. Nowa Lewica jest dziś częścią rządu — warto więc zadać pytanie, jak wygląda nasza skuteczność w tym temacie.
A sprawa województwa częstochowskiego? Czy Razem stoi po stronie jego zwolenników?
Powiem wprost — to temat, który wraca przy każdych wyborach. Trzeba jednak przyznać, że siła polityków częstochowskich w Sejmie nie jest zbyt wielka. Mamy siedmiomandatowy okręg wyborczy, więc trudno mówić o wielkiej sile przebicia. Dlatego te hasła wracają cyklicznie, przy okazji kampanii. Jeśli chodzi o pytanie, czy województwo częstochowskie powinno powstać — trzeba spojrzeć szerzej. Obecne województwa zostały stworzone przed wejściem Polski do Unii Europejskiej właśnie po to, by łatwiej było absorbować środki unijne. To był układ strategiczny. Jestem całym sercem za tym, by jak najwięcej instytucji centralnych przenosić do mniejszych ośrodków, jak Częstochowa czy Radom, bo wokół administracji powstają miejsca pracy i rozwija się lokalna gospodarka. To realny impuls rozwojowy. Jeśli jednak mielibyśmy rozważać tworzenie nowych województw, powinniśmy podejść do tego całościowo — zastanowić się, na ile obecny podział odpowiada potrzebom kraju, zamiast tworzyć kolejne wyjątki. Dziś Częstochowa, jutro Włocławek — wiele miast zgłasza takie postulaty.
Na koniec – czy posiada Pan jakąś ambicję polityczną, ambicję działacza? Każdy powie o służeniu społeczeństwu, ale gdyby prezydent Matyjaszczyk przyszedł i powiedział: “Panie Martinie, za cztery lata będzie Pan naszym kandydatem, lecz proszę teraz nie przeszkadzać.”, to co wtedy?
Powiem tak — bardzo dobrze spełniam się już teraz. Współpracowałem przy kampanii Adriana Zandberga, tworzyłem jego media społecznościowe. Z zawodu zajmuję się reklamą w internecie. Nie jestem w polityce, by zdobywać stanowiska. Gdyby tak było, byłbym dziś w dużej partii i walczyłbym o stołki. Dołączając do Razem, zdecydowałem się najpierw zmieniać świadomość społeczną, działać na rzecz praw pracowniczych i praw człowieka. W tym się dobrze odnajduję. Jeśli kiedyś miałbym objąć urząd — zostać posłem czy radnym — byłoby to tylko narzędzie do walki o te sprawy, które mnie interesują. I jeszcze jedno — hipotetycznie, gdyby Krzysztof Matyjaszczyk przyszedł do mnie i powiedział: „Chciałbym, żebyś kandydował po mnie na prezydenta Częstochowy, ale proszę, żebyś teraz nic nie robił i nie działał na szkodę układu, który mamy”. Moja odpowiedź byłaby prosta. Działam w polityce dla zmiany, a nie dla stanowisk. Wszelkiego rodzaju układy tego typu — to nie droga, którą chciałbym podążać.




