Klepisko w Świdniku nie powstrzymało Medalików. Raków w półfinale — ale jakim kosztem?
W ostatnim ćwierćfinale STS Pucharu Polski Raków Częstochowa pokonał trzecioligową Avię Świdnik 2:1 po dogrywce. Było nerwowo, było frustrująco i było groźnie, a wszystko rozstrzygnęło się dopiero w dodatkowym czasie gry, do którego Medaliki nie powinny były w ogóle dopuścić.
Wysłane przez Jakub Zacharjasz | mar 5, 2026 | Piłka nożna | 5 min czytania

Spis treści:
Świdnik godny szacunku
Zanim jednak przejdziemy do samej gry, warto oddać sprawiedliwość gospodarzom. Avia to trzecia liga, ale w tym sezonie Pucharu Polski zdążyła już wyeliminować Ruch Chorzów, Flotę Świnoujście i Polonię Bytom. Ćwierćfinał po 40 latach przerwy, komplet kibiców na trybunach Stadionu Miejskiego im. Czesława Krygiera — to było prawdziwe święto dla Świdnika. I Avia tego święta nie zmarnowała, bo walczyła do ostatniej minuty.
Osobny rozdział należy się murawie — a właściwie jej brakowi. Zielone fragmenty trawy pomieszane z piaskiem tworzyły warunki, które utrudniały normalną grę szczególnie tej drużynie, która chciała kontrolować mecz i budować akcje od podstaw. Raków chciał, ale boisko robiło swoje. Do tego już w 8. minucie z powodu kontuzji boisko opuścił Jean Carlos Silva, a w jego miejsce wszedł Adriano Amorim.
Brunes trafił, ale pięknie nie było
Przez długi czas goście dominowali bez konkretów. Ivi Lopez strzelał z dystansu, Jonatan Braut Brunes dobijał po niepewnej interwencji bramkarza Avii, ale Andrzej Sobieszczyk korygował błędy i pilnował swojej bramki. Raków kręcił się wokół pola karnego, jednak bez efektów — aż do doliczonego czasu pierwszej połowy.
Co ciekawe, impuls do gola dał właśnie Amorim — rezerwowy, który wszedł za kontuzjowanego Silvę. Dośrodkowanie Brazylijczyka z lewej strony znalazło Brunesa w polu karnym, a Norweg najpierw został zablokowany, ale dobitką umieścił piłkę w siatce. Czwarta bramka w tej edycji PP i prowadzenie Rakowa tuż przed przerwą. Może późno, może nie pięknie — ale się liczyło.
Kłopot w tym, że Raków na prowadzeniu… poprzestał. Druga połowa to jeden wielki dramat — i nie w pozytywnym sensie. Żadnego przyśpieszenia, żadnej próby zamknięcia meczu z trzecioligowcem. Avia przez większość czasu była bezradna i nie stwarzała realnych zagrożeń, aż do 80. minuty, gdy dwukrotnie uderzyła spod pola karnego — i dopiero wtedy Kacper Trelowski musiał się wykazać. Ale to były odosobnione momenty, a nie efekt oblężenia. Gra gości zdecydowanie nie zachwycała. Ciężko się to oglądało.
Minimalizm ukarany, Amorim zdjęty
I właśnie ta bierność Raków słono kosztowała. W trzeciej minucie doliczonego czasu gry Dominik Zawadzki, rezerwowy Świdniczan, huknął z kilkunastu metrów i piłka wylądowała w siatce. Piękny gol — ale czy ktokolwiek mógł być zaskoczony? Raków przez całą drugą połowę chodził po boisku, oddał inicjatywę i nie zrobił absolutnie nic, żeby zamknąć mecz. Dogrywka była logiczną konsekwencją tego, co działo się przez 45 minut. Medaliki same ją sobie zgotowały.
Po drugie — i tu pojawia się znak zapytania nad decyzjami Łukasza Tomczyka, który mecz oglądał z trybun, odsiadując karę za czerwoną kartkę — Amorim, który przez całe spotkanie był jednym z bardziej aktywnych graczy w szeregach gości, tworzył zamieszanie i robił różnicę na lewej stronie, został zdjęty z boiska jeszcze przed dogrywką. Trudno zrozumieć tę decyzję. Człowiek, który działał, zszedł — i Raków w dogrywce był uboższy o jego energię
Wściekłość w dogrywce i awans
Dogrywka to była zupełnie inna historia. Raków wyszedł podrażniony i wściekły na siebie — i było to widać gołym okiem. Różnica klas między obiema drużynami, która przez regulaminowy czas gry była ledwo zauważalna, nagle stała się oczywista. Już w drugiej minucie po rzucie rożnym zamieszanie w polu karnym Avii wykorzystał Ariel Mosór, wbijając piłkę z bliska. Chwilę później Bogdan Mircetić trafił w poprzeczkę, a przy kolejnej akcji bramkarz Avii popisał się fantastyczną interwencją po uderzeniu Marko Bulata. Więcej bramek jednak nie obejrzeliśmy.
Na koniec wynik jest sprawiedliwy — Raków był lepszą drużyną i awans do półfinału jest zasłużony. Ale trener Tomczyk, nawet komunikując się z ławką telefonicznie zza szyby klubowego budynku, ma sporo do przemyślenia. Jego zespół po raz kolejny pozwolił sobie na zbyt wiele — przy prowadzeniu 1:0 z trzecioligowcem nie można grać na przeczekanie, nie można oddawać inicjatywy i nie można dać się zaskoczyć w doliczonym czasie gry. Raków jest w półfinale, ale to zdecydowanie nie był spacerek.
Już w niedzielę w ramach 24. kolejki PKO BP Ekstraklasy Medaliki na własnym stadionie podejmą Pogoń Szczecin.
Zapraszamy również do obejrzenia naszego studia po meczu Avia – Raków. Link znajdziecie poniżej.




