Jakub Mierzejewski: „Jeśli odwołamy Matyjaszczyka, kto go zastąpi?” [WYWIAD]
Czy rozdział Konfederacji od Konfederacji Korony Polskiej pomógł obu stronom? Dlaczego Grzegorz Braun, a nie Sławomir Mentzen? Czy Częstochowa rzeczywiście współpracuje z radami dzielnic bliżej?
Wysłane przez Kamil Bednarski | cze 12, 2025 | Częstochowa | 25 min czytania
![Jakub Mierzejewski: "Jeśli odwołamy Matyjaszczyka, kto go zastąpi?" [WYWIAD]](https://nawylot.tv/wp-content/uploads/2025/06/jakub-mierzejewski-jesli-odwolamy-matyjaszczyka-kto-go-zastapi.jpg)
Jakub Mierzejewski bezskutecznie kandydował do Sejmu w Poznaniu, a potem w Częstochowie, gdzie znalazł swój kawałek na ziemi. Dziś jest radnym dzielnicy Stradom, ale w przyszłości celuje w pracę w resorcie spraw zagranicznych. W rozmowie z NaWylot.tv polityk i działacz współpracujący z Januszem Korwin-Mikke zabrał głos w sprawie rozłamu w Konfederacji, powyborczych nastrojów, lokalnego referendum, a także przywrócenia województwa i budowy stadionu.
Karol Nawrocki wygrał wybory prezydenckie. Jak pan ocenia te decyzje polskiego społeczeństwa?
Cóż, mając do wyboru Karola Nawrockiego albo Rafała Trzaskowskiego, myślę, że wielu Polaków wybrało mniejsze zło, jak się od lat mówi – na wybór między PiS-em a PO. W tym też wielu wyborców prawicowych, dawnych wyborców Janusza Korwin-Mikkego, Grzegorza Brauna, którzy kierowali się bardziej pragmatyzmem niż ideom prezentowanym przez poszczególnych kandydatów. I też bardzo cenną zasadą stosowaną w drugiej turze jest zasada równowagi sił, czyli wybór takiego kandydata, który będzie z innego obozu niż obóz obecnie rządzący w polskim Sejmie.
Skutkiem, a wręcz taką próbą zasłonięcia tej klęski obozu rządzącego było expose i wotum zaufania dla premiera. Czy to będzie odbicie dla koalicji czy dalszy marazm?
Myślę, że premier Tusk miał do wyboru dwie opcje. Pierwsza to trwanie w koalicji na obecnych zasadach, dociągnięcie do końca kadencji parlamentu, licząc się z tym, że koalicjanci będą próbowali wymusić na nim konkretne reformy, konkretne stanowiska. Drugą opcją, bardziej ryzykowną, było rozpisanie przyspieszonych wyborów – i to jest ryzykowna karta. Koalicja może na tym wygrać, ale może też przegrać. Myślę, że zdecydowali się na wariant pierwszy ze względu na bezpieczeństwo. Nie byli pewni wyników, jakie mogliby uzyskać w wyborach, zwłaszcza teraz, po zwycięstwie konkurenta z PiS-u. Więc obstawiam, że do końca kadencji będziemy obserwować tarcia, rywalizację premiera Tuska z poszczególnymi koalicjantami, którzy – szantażując go wycofaniem poparcia – będą próbowali wymusić na Platformie konkretne reformy czy stanowiska.
Widzi Pan szansę na powrót tematu rządu technicznego przez najbliższe dwa lata?
Osobiście wątpię. Oczywiście, prawdopodobnie będą próby PiS-u przeciągnięcia posłów Polskiego Stronnictwa Ludowego, być może we współpracy z posłami Konfederacji, i zbudowania alternatywnej większości. Ale na chwilę obecną się na to nie zanosi – to raczej medialne spekulacje. To, co spaja obecną koalicję, to nie wspólne poglądy, lecz wspólny dostęp do stanowisk i spółek Skarbu Państwa. Dopóki poszczególne partie będą czerpać z tego rodzaju benefitów, nie zaryzykują ich utraty na rzecz bliżej nieokreślonej konfiguracji nowego rządu.
Podczas kampanii wspierał Pan Grzegorza Brauna, jak oceniacie jego rezultat?
Tak, zdecydowanie w tych wyborach Grzegorz Braun osiągnął bardzo dobry wynik. Warto zwrócić uwagę, że to nie jest tylko wynik jego partii – Korony – ale też całego środowiska wolnościowego, prawicowego, bo w szerokim komitecie poparcia Brauna były takie postacie jak Janusz Korwin-Mikke, Stanisław Michalkiewicz, środowiska kresowe, polonijne. Więc to jest szerszy front prawicowy, który w tych wyborach postawił na Grzegorza Brauna. Również wielu wyborców Słamomira Mentzena – myślę, że zawiedzionych jego skrętem w stronę centrum i ideowego rozmycia – wybrało kandydata, który głosi konkretne, wyraziste poglądy, tak jak do tej pory w wyborach prezentował Janusz Korwin-Mikke.
Odciął się Pan od Konfederacji jako urodzony korwinista. A jak blisko Panu do KKP?
Współpracowałem do tej pory jako koordynator struktur Nowej Nadziei. Teraz – jako zwolennik Janusza Korwin-Mikkego – z partią Grzegorza Brauna. Z dużym zaciekawieniem obserwuję, w jakim kierunku ta formacja będzie się rozwijać, ponieważ widzę ogromny potencjał do zagospodarowania, zwłaszcza w tej wolnościowej części sceny politycznej. Natomiast jeżeli partia Grzegorza Brauna zdecydowałaby się poszerzyć formułę i otworzyć na ruchy wolnościowe, wolnorynkowe, to istnieje realna szansa na bardzo dobry wynik za dwa lata w wyborach parlamentarnych i na wprowadzenie na tyle dużej reprezentacji, by była w stanie samodzielnie funkcjonować w przyszłym parlamencie.
Czy rozłąka nie pomogła obu stronom? Trzecie i czwarte miejsce w wyborach, razem łącznie ponad 20% głosów. W przyszłości będzie jakaś umowa o nieagresji czy jednak twarda rywalizacja o prawicowego wyborcę?
Do niedawna przeważał pogląd, że rozwód, który nastąpił na początku obecnego roku, zaszkodzi obu stronom, ale – jak widać po wynikach wyborów prezydenckich, a także wcześniej już z wyników samorządowych i europarlamentarnych – rozejście się dwóch formacji wcale nie zaszkodziło, a wręcz pomogło, ponieważ odkąd Nowa Nadzieja wspólnie z Ruchem Narodowym zdecydowała się iść w stronę centrum – do tych wyborców Trzeciej Drogi, wyborców Platformy – komponent w postaci partii Brauna był dla nich balastem, ponieważ nie pozwalał im zbytnio odpływać w stronę centrum. Po rozdzieleniu się każda partia może skupić się na swoim docelowym elektoracie. Partia Brauna, jak wspomniałem, może rozszerzać się po prawej stronie, jednocząc wszystkich korwinistów i wolnościowców, a Konfederacja Bosaka i Mentzena może teraz bez przeszkód kierować się w stronę centrum, po wyborców partii systemowych. I to też widać w obecnych, najnowszych sondażach powyborczych, gdzie – w zależności od rodzaju sondaży – jeżeli uwzględnia się osobno Konfederację Bosak-Mentzen i Konfederację Brauna, to w porównaniu z sondażami, w których traktuje się je jako jedność, widać, że suma ich wyników się nie kanibalizuje, a wręcz przeciwnie – przynosi korzyść. Oczywiście jedynym minusem tego rozdziału jest ordynacja wyborcza, metoda D’Hondta, która premiuje duże partie, więc jedyny realny minus polega na tym, że startując wspólnie, prawdopodobnie osiągnęliby większą liczbę mandatów. Chociaż nie uważam, że byłby to czynnik decydujący, ponieważ musiałoby się to odbyć kosztem dużych kompromisów – zarówno programowych, jak i personalnych. Ogarniając to nowymi metodami PR-owymi, marketingowymi, można by było przyciągnąć osoby, które do tej pory nie przejawiały zainteresowania działalnością czy głosowaniem. Niestety, już w ciągu pierwszego roku było widać wyraźne sygnały, że nic na to nie wskazuje, wręcz przeciwnie – kierunek będzie odwrotny, czyli zmiana postulatów, chociażby podczas słynnej debaty z Ryszardem Petru, gdzie Sławomir Mentzen przyznał, że likwidacja podatku dochodowego była żartem. Przykro było na to patrzeć – jeśli środowisko przez 30 lat głosi jakiś postulat, a jego lider publicznie tłumaczy, że to był dowcip, a nie realna propozycja. Wszyscy dawni korwiniści, zwolennicy Nowej Nadziei, którzy nie godzą się na rozmycie ideowe, będą kierować się w stronę Grzegorza Brauna. Sam Janusz Korwin-Mikke również był jedną z twarzy tej kampanii. Mam nadzieję, że uda się obu panom wypracować formułę współpracy – tak, by się nie kanibalizować, ale żeby każdy znalazł dla siebie miejsce w tej formacji i żeby ta formacja wspólnie osiągnęła bardzo dobry wynik za dwa lata.
Czy za całe „zło” w Konfederacji odpowiada Przemysław Wipler?
Formalnie Przemysław Wipler nie jest nawet członkiem Rady Liderów Konfederacji, z tego co pamiętam, jest obecnie prezesem okręgu warszawskiego – Miasto Warszawa plus zagranica. Natomiast niewątpliwie ma nieformalny wpływ na Sławomira Mentzena, był jego doradcą jeszcze zanim oficjalnie ogłosił powrót do polityki. Startował z list do Sejmu z okręgu toruńskiego i jest trochę taką postacią, jak w kultowym serialu Ranczo był Czerepach – który formalnie nie pełnił żadnej wiodącej roli, ale jak wiemy z fabuły, miał wpływ na wiele ważnych decyzji w gminie. I taką właśnie postacią jest Wipler. Myślę, że nie lubi być na pierwszym planie, woli pracę za kulisami, gdzie może pozwolić sobie na więcej działań, ponieważ nie wychodzą one na jaw.
Braun w przeciwieństwie do Mentzena zdecydował się poprzeć w drugiej turze jednego z kandydatów. Czy nie kłóciło się to trochę z tym, że wcześniej oskarżał ze swoimi sympatykami lidera Nowej Nadziei o dialog z duopolem i zejście do centrum?
Moim zdaniem trzeba było się trzymać jednej wersji – to znaczy: albo stawiamy jakieś wymagania wobec kandydatów i w zależności od ich realizacji udzielamy poparcia lub nie, albo nie wymagamy żadnych deklaracji i od razu ogłaszamy decyzję. Więc pod tym względem uważam, że lepszą metodę zastosował Janusz Korwin-Mikke, który w swoim długim wywodzie w mediach społecznościowych wyjaśnił, że żeby nie dopuścić do monopolu władzy w rękach jednej partii, jest zmuszony zagłosować na kontrkandydata – przy czym wyraźnie zaznaczył, że nie podziela jego poglądów, a decyzja jest wynikiem chłodnej, politycznej kalkulacji, zgodnie z zasadą check and balance. I w ten sposób nikt nie może mu zarzucić zmiany decyzji, bo od początku jasno deklarował i wyjaśniał swoje podejście. Nie będę tutaj wnikał w szczegóły, skąd wynikała zmiana nastawienia sztabu Brauna – to już trzeba by pytać u źródła. Chociaż, z tego co widziałem, jakieś wymagania rzeczywiście pojawiły się na jego stronie internetowej – kilka pytań zostało tam dodanych. Na część z nich Karol Nawrocki odpowiedział ogólnikowo, ale na część w ogóle nie odpowiedział. Dla porównania – Rafał Trzaskowski w ogóle nie odpowiedział na żadne pytania sztabu Brauna. Na podstawie tych odpowiedzi wydano komunikat, który można podsumować następująco: w drugiej turze nie ma na kogo zagłosować z czystym sumieniem. I przy tej deklaracji można było pozostać – trzymać się jej i nie udzielać poparcia. Albo rozegrać to, jak wspomniany wcześniej Korwin-Mikke – czyli nie mieć żadnych oczekiwań wobec kandydatów, bo wiadomo, czego się można po nich spodziewać, i kierować się wyłącznie chłodną kalkulacją, żeby potem nie być rozczarowanym działaniami, jakie podejmie ten czy inny wybrany kandydat.
Dodatkowo w ostatnich dniach za sprawą transferu posła Sławomira Zawiślaka z PiS-u, Korona założyła koło poselskie. Jak Pan ocenia ten ruch?
Uważam, że transfery osób, które przez dziesięciolecia kandydowały i zasiadały w polskim Sejmie z ramienia Prawa i Sprawiedliwości, mentalnie i środowiskowo należą do tego obozu, nawet jeśli nastąpiła jakaś duchowa przemiana, będą odbierane przez większość jako koniunkturalizm, chęć załapania się na korzystne miejsce. Trzeba jednak przyznać, że ten poseł dostał się do obecnego Sejmu z bodajże jedenastego miejsca na liście, głównie dlatego, że jest lubiany w swoim okręgu. Osobiście byłbym ostrożny wobec tego typu transferów i skupiłbym się raczej na posłach obecnej kadencji z otoczenia Konfederacji, którzy w ostatnich latach wykazywali bardziej wolnościowe podejście. Natomiast posłów PiS-u, PO, PSL-u czy SLD takich cech bym nie podejrzewał. Jeśli nawet transfer miałby miejsce, ważne byłoby, by te osoby nie startowały do przyszłego Sejmu z list Korony, wtedy mielibyśmy jasność, że ich zmiana nie wynika z koniunktury, lecz z przekonań ideowych. Pojawiły się głosy, że Korona może być nową nadzieją dla środowiska narodowego, jeśli chodzi o klub poselski — nie wiem, kto dokładnie tak myśli, ale jest spora grupa osób o poglądach światopoglądowo konserwatywnych i gospodarczo wolnościowych, które mogłyby się odnaleźć w takim klubie. Dziś do Korony zapisał się Jacek Wilk, wieloletni kolega i wolnościowiec z krwi i kości, co może być sygnałem, że Korona otwiera się na środowiska wolnościowe i być może nastąpią takie transfery z obecnego klubu Konfederacji. Jednak pozostawiam kolegom z Korony indywidualne podejście do tej kwestii i liczę, że dobrze wykorzystają szansę, jaką dali im wyborcy w wyborach prezydenckich.
Wróćmy jeszcze na chwilę do wyborów. Mówiło się, że druga tura nosiła imię Sławomira Mentzena. Czy prezydent-elekt Pana zdaniem dotrzyma obietnic z tzw. „deklaracji toruńskiej”?
Z PR-owego punktu widzenia to było bardzo dobre posunięcie sztabu Mentzena. Zmusił on obu kandydatów do przyjazdu do niego, do Torunia, do jego kancelarii. Wystąpili u niego w programie, byli przepytywani – a momentami wręcz „grillowani” – przez samego Mentzena, który sam decydował, jakie pytania zada. Na tym niewątpliwie zyskał, bo choć formalnie nie znalazł się w drugiej turze wyborów, to wszystkie media o nim pisały – momentami nawet częściej niż o samych kandydatach. Natomiast co wyniknie z tego, że Karol Nawrocki podpisał deklarację, a Rafał Trzaskowski nie – zobaczymy. Ja bym jednak nie oczekiwał zbyt wiele, bo czym innym jest coś podpisać, a czym innym to później zrealizować. Oczywiście Mentzen może podczas całej kadencji prezydenckiej Nawrockiego przypominać mu o tych postulatach i publicznie go rozliczać, ale formalnie nie ma na niego żadnego wpływu ani narzędzi, żeby wymusić ich realizację. Oglądając ten wywiad, odniosłem wrażenie, że zgoda Nawrockiego na podpisanie tej deklaracji była trochę wymuszona – wynikała z chęci uzyskania poparcia. Na zasadzie: „podpiszę, może coś z tej listy uda się zrealizować, a jak nie – to i tak nic mi nie zrobicie”.
W 2019 roku kandydował Pan do sejmu z ramienia Konfederacji jako jedynka z Poznania, a cztery lata później już jako dwójka w Częstochowie, za plecami Tomasza Grzegorza Stali, bez większych szans powodzenia przy 7-mandatowym okręgu. Dlaczego wobec Pana została podjęta tak niekorzystna decyzja?
Po prostu między tamtymi wyborami w 2019 roku, a tymi w 2023 przeprowadziłem się na stałe do Częstochowy. Zawsze uważałem, że powinno się startować tam, gdzie się mieszka. Nie popieram takiego postępowania na zasadzie umieszczania „spadochroniarzy” na drugim końcu Polski, bo taka osoba dostanie się lub nie do Sejmu, a potem wróci do siebie. Raz na parę miesięcy przyjedzie, może otworzy biuro, ale nie jest na co dzień w tym okręgu, więc stąd był wybór miejsca. Jeśli chodzi o pozycję, to już były ustalenia na poziomie krajowym. Trzy partie tworzące wówczas Konfederację w wyniku wielotygodniowych, wielomiesięcznych negocjacji ustaliły podział okręgów. Na te 41 okręgów Nowa Nadzieja uzyskała mniej więcej połowę, jedną trzecią dostał Ruch Narodowy, a Korona miała sześć okręgów, w tym Częstochowę. Było to wynikiem proporcji sił ustalonych na poziomie krajowym. Początkowo jedynką miał być Leszek Sykulski, jednak na rok przed wyborami drogi pana Sykulskiego i Grzegorza Brauna się rozeszły, i ostatecznie Korona zdecydowała się wystawić w swoim przyznanym okręgu Tomasza Stalę. Drugie miejsce wynikało również z ustaleń na poziomie krajowym – to Nowa Nadzieja miała mieć drugie miejsce.
Ale nawet na papierze, nie traktował Pan tego trochę jako spadek w hierarchii?
Nie, nie. Szanse na wejście z okręgu częstochowskiego były najtrudniejsze, nie oszukujmy się. To okręg z najmniejszą liczbą mandatów, więc wymagał najwyższego wyniku w skali kraju. Nie podchodzę do tego personalnie — takie były ustalenia krajowe. Wiadomo było, że Nowa Nadzieja nie może mieć jedynek wszędzie. Uważam, że w tamtych negocjacjach udało się wynegocjować bardzo dobre, „biorące” okręgi, z których łatwiej się dostać. Trzeba też przyznać Koronie, że na sześć okręgów, które dostała jedynki, w czterech udało się wprowadzić posłów. Nie udało się tylko w Częstochowie i w Radomiu, co wynika z mniejszej liczby mandatów i niższego wyniku procentowego.
Czyli z czystym sumieniem skrytykowałby Pan posła Włodzimierza Skalika z Częstochowy, który chcąc dostać się do parlamentu, musiał startować w Opolu?
Wolę startować z dalszego miejsca, nawet jeśli z góry wiem, że nie wejdę, ale tam, gdzie mieszkam i gdzie mogę zabiegać o głosy sąsiadów oraz znajomych, niż z miejsca, które zdobywam na potrzeby kampanii tylko na najbliższe dwa, trzy miesiące.
W wyborach samorządowych w Częstochowie Konfederacja startowała pod szyldem Alternatywy dla Częstochowy. Jak po rozłące na szczeblu krajowym postąpicie lokalnie. Czy wyobraża Pan sobie współpracę?
To był zlepek różnych inicjatyw, które do tej pory nie były w stanie się zebrać. Było trochę środowisk pokukizowych, środowisk społecznych oraz osób częściowo związanych z Konfederacją. Jak widać po wynikach wyborczych, nie udało im się wprowadzić żadnych radnych, również ze względu na wysoki próg wyborczy. Okręgi są pięcio- lub sześcio-mandatowe, co wymaga dużego, niemal dwucyfrowego wyniku. Najbliższe wybory mamy za cztery lata, więc jest dużo czasu na pracę u podstaw. Przepis na udaną kampanię to nie jest zorganizowanie grupy na pół roku przed wyborami — ta praca musi zacząć się już teraz, na kilka lat wcześniej, żeby drużyna, grupa osób mogła się przetasować przez dłuższy czas. Dzięki temu można później wystawić do wyborów osoby sprawdzone, do których mamy pełne zaufanie, a które do tej pory wykazały się aktywnością lokalną. Co do mojej osobistej decyzji, czy będę brał udział w wyborach samorządowych za cztery lata — na chwilę obecną nie wiem. Obecnie jestem radnym dzielnicy Stradom i staram się tam wdrażać pomysły dobre dla mieszkańców. Jeżeli w ciągu tych czterech lat wykrystalizują się siły prawicowe i uda się wypracować współpracę na wybory samorządowe, jak najbardziej jestem gotów wziąć w tym udział i pomóc. Natomiast na razie jest zdecydowanie za wcześnie, by myśleć o konkretnych projektach.
Sposobem na szybsze wybory, jest odwołanie zarówno prezydenta, jak i rady miasta w referendum, o którym nie przestaje się mówić od początku roku. Czy dołożyłby tutaj Pan rękę do takiej inicjatywy? Czy wyobraża Pan sobie wspólną kampanię?
Dużo zależy od tego, ile środowisk i ile osób zaangażowałoby się w ten proces. Jest wymóg zebrania dużej liczby podpisów w krótkim czasie, co wymaga sporej mobilizacji i licznej grupy osób. Jednak większym problemem będzie odpowiedzenie sobie na pytanie: jeśli uda się odwołać Prezydenta Matyjaszczyka, to kto go zastąpi? Każde większe środowisko obecne w Radzie Miasta ma swoich kandydatów, ale często jest to zamiana dżumy na cholerę. Przytoczę tu przykład z Poznania, gdzie przez wiele lat prezydentem był Pan Grobelny. Wiele osób miało do niego zastrzeżenia i w 2014 roku udało się go zastąpić nowym prezydentem z Platformy, Panem Jaśkowiakiem. Po krótkim czasie mieszkańcy Poznania stwierdzili jednak, że Pan Grobelny był lepszy i żałowali, że nie pełni już tej funkcji. Nie można wykluczyć podobnego scenariusza także w Częstochowie – pozbędziemy się Prezydenta Matyjaszczyka, a w jego miejsce przyjdzie ktoś gorszy, kto szybko uświadomi nam, że lepiej było tak jak wcześniej. Zobaczymy. Dobrze by było, aby w ramach kampanii referendalnej pojawiły się konkretne nazwiska osób deklarujących chęć startu, żeby częstochowianie mogli od razu w referendum poznać alternatywę wobec obecnej władzy i zdecydować, czy wolą status quo, czy wolą zaryzykować i wybrać inną osobę, niekoniecznie lepszą.
Podobnie mówił nam radny Krzysztof Świerczyński, wspominając odwołanie prezydenta Tadeusza Wrony.
Otóż to. I tutaj nie można wykluczyć powtórki, bo obecny włodarz zawsze jest krytykowany za wiele rzeczy, ale trzeba spojrzeć na to szerzej — na ile naprawdę nie podoba nam się obecna władza i jakie są alternatywy. Nawet przekładając to na poziom krajowy, mamy obecną koalicję, która, nie oszukujmy się, nie jest moim ideałem, ale gdybym wiedział, że alternatywą wobec niej byłaby koalicja złożona wyłącznie ze skrajnej lewicy, to stwierdziłbym, że obecna władza nie jest aż tak zła, bo zawsze może być gorzej.
Ale raczej nie bierzecie pod uwagę współpracy pod tym kątem z liderem KO Łukaszem Banasiem lub z Moniką Pohorecką, która była najbliżej detronizacji prezydenta?
Uważam, że niewiele zmieniłoby się w polityce miejskiej, ponieważ Łukasz Banaś jest obecnie przewodniczącym Rady Miasta, jest w koalicji rządzącej miastem i nie widać żadnych gwałtownych zmian od czasu, gdy wszedł do obozu rządzącego. Politycy PiS-u oczywiście łatwiej mają być w opozycji i krytykować, ale na ile ich rządy w mieście byłyby lepsze, to już kwestia dyskusyjna. Być może byłoby trochę lepiej, jednak nie jest to realna zmiana, o którą powinniśmy walczyć.
Jak środowisko wolnościowe zapatruje się na sprawę powrotu województwa częstochowskiego?
To już trudniejszy temat, bo istnieje sentyment za dawnym województwem. To widać choćby w rodzinie mojej żony — w rozmowach przewija się tęsknota za czasami, gdy Częstochowa była samodzielnym ośrodkiem wojewódzkim. Jednak patrząc realnie, nie zanosi się na zmianę, mimo że poseł obecnej opozycji rządzącej z PiS-u dwukrotnie składał taką obietnicę. Mimo samodzielnych rządów i dwóch kadencji własnego prezydenta nic z tego nie wyszło. Nic nie stało na przeszkodzie, mogli to zrealizować. Innym istotnym czynnikiem jest nastawienie gmin i powiatów ościennych. Poza kilkoma gminami w powiecie częstochowskim i powiecie kłobuckim nie ma dużego poparcia dla idei powrotu województwa częstochowskiego. Na pewno powiat lubliniecki, który historycznie jest częścią Górnego Śląska i bardziej ciąży ku Opolu i Katowicom, będzie zdecydowanym przeciwnikiem. Nie chciałby być częścią województwa z Częstochową, które kulturowo i historycznie należy raczej do Małopolski. Wobec tego takie województwo musiałoby od razu zrezygnować z terenów śląskich i skupić się na regionach małopolskich, ewentualnie na północ od Częstochowy — Radomsko, Wieluń. Inną opcją, która czasem pojawia się w dyskusjach o reformie podziału administracyjnego, jest powrót do województw opartych ściśle na granicach historycznych. Wtedy Częstochowa stałaby się częścią województwa krakowskiego, do którego przez najdłuższy czas historycznie należała. Województwo częstochowskie to stosunkowo krótki okres – kilkadziesiąt lat – podczas gdy województwo krakowskie ma tradycje sięgające kilkuset lat, co jest znacznie dłuższym fragmentem historii naszego państwa. Zrealizowanie takiego projektu wymagałoby jednak szerokiego konsensusu i wypracowania wspólnego stanowiska. Jeśli prześledzimy prace legislacyjne z lat 90., gdy obecny podział był kształtowany, zobaczymy, jak wiele było różnych propozycji i koncepcji, także dotyczących powiatów. To pokazuje, że istnieje duży podział między ugrupowaniami, a wypracowanie jednej, satysfakcjonującej wszystkich wizji będzie bardzo trudne.
A temat stadionu piłkarskiego? Czy prawica dołączyłaby do ponadpartyjnego komitetu w sprawie budowy?
Jestem wolnościowcem, więc uważam, że państwo czy miasto nie powinno finansować sportu jakiegokolwiek, czy to będzie piłka nożna, hokej na lodzie, czy ping-pong. To powinny być kwestie niedotyczące publicznych pieniędzy. Można takie obiekty budować ze środków prywatnych. Mamy w historii przykłady wielkich projektów infrastrukturalnych, które powstawały w 100% ze środków prywatnych i później okazywało się, że te projekty były bardziej efektywne, bardziej trwałe niż projekty państwowe. Więc uważam, że kibice Rakowa powinni zabiegać o wsparcie sektora prywatnego. Można zbudować wokół stadionu komitet, który będzie szukał sponsorów, inwestorów, aby taki obiekt wybudować w takim miejscu, w którym będzie się to opłacać. Bo jeżeli miasto czy szerzej państwo będzie dotować z publicznych pieniędzy piłkę nożną, to będzie musiało w takim samym stopniu dotować inne sporty. I to otwiera furtkę, gdzie przedstawiciele każdej dyscypliny sportowej będą chcieli uzyskać finansowanie na nowy obiekt, na innego rodzaju rzeczy potrzebne do funkcjonowania tego sportu. A mamy przykłady dyscyplin, które nie są przez rząd w żaden sposób symbolicznie dotowane, a gdzie Polacy osiągają lepsze sukcesy niż w piłce nożnej, której po ostatnim meczu widzieliśmy, jak nam poszło, a największe środki na to idą. Nie ma przełożenia finansów na efekty. Nic nie szkodzi na przykładzie, żeby prywatny inwestor wybudował taki obiekt, a miasto czy różnego rodzaju organizacje trzeciego sektora mogły korzystać z tego obiektu. Tak jak mieliśmy sytuację z dworcem PKP, obecnie wyburzanym. PKP ogłosiło, że dworzec będzie wyburzany, wybudują nowy i zebrała się grupa przedsiębiorców, która zaoferowała, że ten obiekt odkupi i wyremontuje na własny koszt. PKP się zgodziło, argumentując, że już dokumentacja poszła i jest za późno, ale była inicjatywa prywatna, która stwierdziła, że im się to opłaca wyremontować i wynajmować po cenach atrakcyjnych dla najemców, żeby ten dworzec faktycznie żył. Niestety prywatna inicjatywa przegrała z biurokracją. Okazało się, że dobre pomysły nie są realizowane, ponieważ przepisy krajowe blokują tego typu inicjatywy.
Lider z pana wcześniejszego obozu deklarował w trakcie kampanii samorządowej, że jest jedyną gwarancją powstania obiektu.
Wydaje mi się, że każdy kandydat na prezydenta podobnego rodzaju hasła formułował. Cóż, co innego kampania, gdzie wiele rzeczy można głosić, obiecać, ale później przychodzi do konkretnych rozwiązań. Ja uważam, że tego typu kwestie nie powinny być częścią wydatkowania publicznych pieniędzy. Na poziomie krajowym państwo powinno skupić się na ochronie granic zewnętrznych, bezpieczeństwie wewnętrznym i zapewnieniu sprawnego wymiaru sprawiedliwości. Inne kwestie jak edukacja, służba zdrowia, transport zostawić w rękach prywatnych, ponieważ będzie to tańsze i bardziej wydajne.
Jak już było wspomniane, jest Pan radnym dzielnicy Stradom. Zdaniem rządzących, od tej kadencji współpraca z radami dzielnic jest zacieśniona. Jest to odczuwalne?
Nie, osobiście tego nie odczuwam. Staramy się jako Rada Dzielnicy współpracować z radnymi miejskimi wybranymi w naszym okręgu. Przy czym trzeba zwrócić uwagę, że ci radni są wybrani w większych okręgach wyborczych, obejmujących kilka dzielnic. Z samej dzielnicy Stradom nie mamy obecnie żadnego radnego, więc ci, którzy są wybrani z innych dzielnic, muszą w swoich działaniach uwzględniać potrzeby wszystkich dzielnic. Nie możemy jako dzielnica Stradom wymagać od radnego np. z Lisińca, że w całości poświęci nam swoją uwagę, będzie radnym tylko dla nas. On musi w swoim interesie prywatnym kalkulować tak, aby zapewnić wsparcie wszystkim dzielnicom, z których został wybrany. Ta współpraca różnie przebiega, raz lepiej, raz gorzej i nie ma znaczenia przydział partyjny radnego, czy to jest radny opozycyjny, czy koalicji rządzącej. Staramy się do każdego radnego podchodzić tak samo, bez uprzedzeń, bez patrzenia przez pryzmat szyldu partyjnego. Tam, gdzie jest możliwość wspólnej pracy ponad podziałami, staramy się ją realizować, ponieważ takie kwestie jak dziurawe drogi, brak chodnika, nie są ani prawicowe, ani lewicowe. Mieszkańcy tego potrzebują do normalnego funkcjonowania i nie ma dla nich znaczenia, czy droga powstała dzięki radnym prawicowym czy lewicowym. Jeśli chodzi o okręg Stradom, ciężko się przebić. Co ciekawe, Stradom jest obecnie jedyną dzielnicą, która odnotowuje przyrost mieszkańców, a jednocześnie mamy jeden z najgorszych stanów dróg z dzielnic. Z tym jest największy problem. Większość Stradomia to brak chodnika, dziurawe chodniki albo brak zremontowanej drogi. Przy zmianach pogodowych pojawiają się coraz większe dziury, utrudniające mieszkańcom funkcjonowanie i na tym przede wszystkim się koncentrujemy.
Czy zakładacie sobie jakieś ambitniejsze cele do końca kadencji?
Nasze możliwości są też ograniczone, ze względu na to, że nie mamy budżetu jako rada dzielnicy. Możemy prosić radnych, żeby w naszym imieniu zgłosili interpelację do władz miasta, poparli daną uchwałę. Ale jest wiele takich rzeczy drobnych, które udało nam się zrobić, takie jak chociażby odmalowanie pasów, żeby po zmroku piesi byli bardziej widoczni. Lepsze odznakowanie ronda przy ulicy Matejki, czy chociażby zlecenie opracowania dokumentacji dla kolejnych ulic, po to, aby gdy już ta dokumentacja będzie skompletowana, można było lobbować za przyznaniem środków na zrobienie porządnej ulicy. Trzeba też wziąć pod uwagę, że dokumentacje mają limit czasowy, więc staramy się w pierwszej kolejności lobbować, starać się o poparcie radnych tych ulic, które już mają dokumentację i niezrealizowanie inwestycji groziłoby wygaśnięciem dokumentacji i robieniem jej na nowo, co generowałoby nowe, zbędne moim zdaniem, koszty dla miasta.
Na sam koniec – chcę zapytać o Pana polityczną ambicję.
Miejscem docelowym, w którym bym się widział i czuł się spełniony, jest Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Z racji wykształcenia zawsze bardziej interesowały mnie kwestie międzynarodowe i geopolityczne niż gospodarcze. Chciałbym skupiać się na kreowaniu wielowektorowej polityki zagranicznej i dyplomacji. Czy to się uda — zobaczymy.




