startBlogDreszczowiec w Częstochowie. Raków zremisował z Lechem 

Dreszczowiec w Częstochowie. Raków zremisował z Lechem 

Raków Częstochowa zremisował z Lechem Poznań 2:2. Przygotowaliśmy analizę pomeczową.

Wysłane przez Jakub Zacharjasz | wrz 25, 2025 | Piłka nożna | 8 min czytania

Zaledwie cztery dni po meczu z Legią w zaległym meczu 6. kolejki PKO BP Ekstraklasy Raków Częstochowa zremisował z Lechem Poznań 2:2 w szalonym spotkaniu na zondacrypto Arenie. 

Zatracone DNA

Mecze z Lechem Poznań od zawsze były dla społeczności Rakowa czymś więcej, niż zwykłym ligowym spotkaniem. Zarówno kibice jednych, jak i drugich nie pałają do siebie sympatią, a potyczki na platformie X często nabierają dość mocnych rumieńców. 

Przechodząc jednak do analizy wydarzeń boiskowych — gdyby zawędrować myślami w przeszłość, można przypomnieć sobie, jak mecze między obiema ekipami zazwyczaj wyglądały. Kolejorz starał się kreować sytuacje, a Medaliki wychodziły wysokim pressingiem, próbując tym samym wywierać presję i wymuszać błędy na Lechitach. W środowy wieczór role jednak nieco się odwróciły, szczególnie w pierwszej połowie. Podopieczni Nielsa Frederiksena tworzyli sobie przewagę właśnie w wysokich skokach pressingowych. Lech wywierał presję, przejął inicjatywę, był konkretniejszy, a przede wszystkim o wiele bardziej agresywny w porównaniu z biernymi zawodnikami w czerwono-niebieskich strojach. Raków został mocno dociśnięty – jakby się mogło wydawać – swoją własną bronią. 

Rzut wolny pośredni, trzy spalone i dwa gole

Mimo trudnego początku, pierwszy wybuch radości padł łupem kibiców z Częstochowy, kiedy to Kacper Trelowski zagrał długą piłkę w kierunku pola karnego Bartosza Mrozka, a tam Bogdan Racovițan uniknął spalonego i dograł z pierwszej piłki do Iviego Lopeza, który wpakował piłkę do siatki. Po analizie VAR sędzia Szymon Marciniak odgwizdał jednak spalonego Hiszpana i tablica wyników na Limanowskiego nadal wyświetlała wynik 0:0. 15 minut później kibice przyjezdni mogli cieszyć się z prawidłowo zdobytego gola – Luis Palma z łatwością dograł piłkę do Joela Pereiry z lewej strony boiska, a Portugalczyk przyjęciem kierunkowym ułożył sobie piłkę do strzału i płaskim uderzeniem zza pola karnego pokonał Trelowskiego. 

Kolejorz spokojnie rozgrywał piłkę i kontrolował wydarzenia boiskowe, kiedy Medaliki były przy piłce. Moment zawahania Bartosza Mrozka z 34. minuty spowodował, że piłkarze Marka Papszuna stanęli przed ogromną szansą na wyrównanie. Bramkarz przyjezdnych złapał piłkę po interwencji strzelca bramki, Joela Pereiry, a arbiter główny zinterpretował to jako podanie i mieliśmy rzut wolny pośredni z odległości pięciu metrów. Niestety dla sympatyków Rakowa Ivi nieznacznie przestrzelił nad prawym górnym rogiem bramki Mrozka. Tym strzałem ambicja gości została dość mocno podrażniona. Widząc, jak bezzębny był Raków, piłkarze Lecha rzucili się do zintensyfikowanego ataku. Po rzucie rożnym z 38. minuty piłka ponownie wpadła do siatki Kacpra Trelowskiego, ale po interwencji sędziów na wozie VAR Szymon Marciniak odgwizdał spalonego Timothy’ego Oumy, który absorbował uwagę bramkarza Medalików. 

Piłkarze mistrza Polski nie podwyższyli prowadzenia, ale widać było, że są lepsi i chcą jeszcze przed przerwą strzelić kolejnego gola. W doliczonym czasie gry Mikael Ishak mocno uderzył na bramkę Trelowskiego po nieudanym wybiciu Racovițana, po drodze rykoszetując od rumuńskiego obrońcy i tym samym futbolówka znalazła się w siatce. Jednak po chwili asystenci arbitra głównego zauważyli kolejną już pozycję spaloną. Medaliki mogły mówić o ogromnym szczęściu. 

Bramka dla przyjezdnych jednak wisiała w powietrzu i w czwartej doliczonej minucie Luis Palma po kapitalnym zagraniu od Joela Pereiry najpierw na zamach poradził sobie z Imadem Rondiciem, wchodząc w pole karne, a następnie uderzeniem po ziemi pokonał bramkarza gospodarzy, który mógł zrobić więcej w tej sytuacji. Tym razem wszystko odbyło się zgodnie z przepisami i na przerwę to goście schodzili z dwubramkową zaliczką. 

Lechowi odbiła Palma

Po tak szalonej i trudnej pierwszej połowie piłkarze Marka Papszuna wyszli na drugą część spotkania w zmienionym składzie – boisko opuścili Rondić i Racovițan, a w ich miejsce zameldowali się Lamine Diaby-Fadiga i Michael Ameyaw. Tym samym trener czerwono-niebieskich dał sygnał do ataku już od samego początku drugiej odsłony. 

Kolejne minuty nie napawały optymizmem kibiców spod Jasnej Góry – Lechici nadal rozgrywali mecz na własnych zasadach, aż do momentu, kiedy to Luis Palma sfaulował kapitana Medalików, Zorana Arsenicia, w brutalny sposób, wchodząc od tyłu jedną nogą na wysokości kolana, a drugą wycinając gracza Rakowa. Z początku sędzia Marciniak wyciągnął żółty kartonik, ale po kolejnej już analizie VAR zmienił swoją decyzję i wyrzucił Honduranina z boiska, a Lech musiał radzić sobie w dziesiątkę. 

Zmartwychwstanie Rakowa

I się zaczęło. Po usunięciu z boiska skrzydłowego Dumy Wielkopolski obraz gry zmienił się o 180 stopni. To Raków zepchnął Kolejorza do głębokiej defensywy i wywierał coraz większą presję. Kibice zgromadzeni na Limanowskiego poczuli, że ten mecz nie jest jeszcze stracony i głośny doping zaczął nieść piłkarzy w stronę kontaktowego gola. Ten padł po rzucie rożnym. Przed jego wykonaniem trener Frederiksen wprowadził aż trzech nowych zawodników na plac gry i to mogło mieć wpływ na ustawienie obronne przy tym stałym fragmencie. Péter Baráth uderzył piłkę głową nad źle interweniującym Douglasem i w Częstochowie trybuny eksplodowały. 

Trzy minuty później kolejną złą interwencją popisał się szwedzki obrońca Kolejorza, który sfaulował Marko Bulata w polu karnym i Szymon Marciniak, nie wahając się ani chwili, wskazał na jedenasty metr od bramki. Rzut karny na gola zamienił Ivi Lopez i Lech był w niemałych tarapatach.

Nieskuteczność Medalików

Po golu wyrównującym na boisku istniała tylko i wyłącznie jedna drużyna – ta w czerwonych koszulkach. Raków mógł narzucić swoje tempo gry, mógł spokojnie rozgrywać i usypiać rywala, który nie miał już zbytnio argumentów w ataku, a i te w obronie były coraz bardziej wątpliwe. Kiedy już czerwono-niebiescy dochodzili do klarownych okazji na zdobycie gola, to znów zawodziła skuteczność, choć trzeba przyznać, że goście potrafili też obronną ręką wychodzić z dużych kłopotów – jak w przypadku kapitalnej i ofiarnej interwencji Kozubala, który po strzale Brunesa wyręczył Bartosza Mrozka. 

Chwilę później odezwała się nieskuteczność ze strony gospodarzy – Svarnas zagrał piłkę wzdłuż linii bramkowej, a tam najpierw Brunes nie dostawił nogi, a chwilę po nim Ameyaw nie dał rady zamknąć akcji. Czym byłaby druga połowa w takim meczu bez interwencji sędziów na wozie VAR? Po rzucie wolnym wykonywanym przez Iviego Lopeza, kiedy to Hiszpan próbował dośrodkować w pole karne, Robert Gumny był pierwszą przeszkodą i wyekspediował piłkę za 16 metr, ale Ivi poprawił swoją wrzutkę na Jonatana Brunesa i strzałem głową Norweg posłał futbolówkę do bramki Mrozka. Jednak na nieszczęście kibiców Rakowa był on na minimalnym spalonym. 

Swoich okazji nie wykorzystali jeszcze Ameyaw, który po raz drugi nie trafił w piłkę, a także Lamine Diaby-Fadiga, którego uderzenie z główki po rzucie rożnym minimalnie przeszło obok prawego słupka bramki, choć w wypadku tego strzału Francuzowi delikatnie przeszkodził Oskar Repka. 

MVP meczu i potrzebna zmiana

To nie Péter Baráth, czy Ivi Lopez zasłużyli na miano najlepszego zawodnika tego spotkania, a nie kto inny, jak Marko Bulat. Chorwat w tym meczu był wszędzie i jego postawa jest nieoceniona. Co prawda mógł swoje notowania podbić jeszcze wyżej, ale przeszkodził mu w tym kapitalny Bartosz Mrozek – bramkarz Kolejorza instynktownie obronił strzał Bulata przy wyniku 2:2 w końcówce spotkania. Niemniej jednak tegoroczny nabytek Medalików błyszczał, jak w meczu z Termalicą w Niecieczy. Zaliczył asystę, wywalczył rzut karny, a jego podania były celne i na bardzo wysokim poziomie skuteczności procentowej – był swoistym królem rozegrania. 

Co istotne w kontekście potrzebnej zmiany, to obowiązek ustawiania Jonatana Brunesa na pozycji numer dziewięć. W ostatnim meczu z Legią trener Papszun wystawił na “szpicy” Imada Rondicia, po czym po 15 minutach drugiej połowy wymienił Bośniaka na gracza z ławki, co skutkowało przesunięciem Brunesa pozycję wyżej. I tak samo było w tym starciu. Kuzyn Erlinga Haalanda najlepiej czuje się jako wysunięty napastnik i było to zdecydowanie widać. Raków musi zacząć wygrywać, a trzymanie Jonatana Brunesa na pozycji rozgrywającej 10 woła o pomstę do nieba. Trenerze, może warto postawić na takie rozwiązanie od początku kolejnego spotkania?

Już w niedzielę Raków rozegra następny mecz w ramach 10. kolejki PKO BP Ekstraklasy. Czerwono-niebiescy udadzą się do Łodzi na starcie z Widzewem. 

Zapraszamy również do obejrzenia naszego studia po meczu, które znajduje się poniżej. 

Nasi partnerzy

Logo
Logo
Logo