startAktualnościCzas na pierwsze podsumowanie. Łukasz Tomczyk pod lupą

Czas na pierwsze podsumowanie. Łukasz Tomczyk pod lupą

Chwila oddechu dla sympatyków naszej rodzimej Ekstraklasy. Baraże do piłkarskich mistrzostw świata rozpoczęły się z przytupem, a już teraz podsumowanie pierwszego okresu pracy Łukasza Tomczyka.

Wysłane przez Jakub Zacharjasz | mar 26, 2026 | Piłka nożna | 12 min czytania

Przed nami finały baraży o Mistrzostwa Świata 2026, które będą rozgrywane w Kanadzie, Meksyku oraz Stanach Zjednoczonych. Reprezentacja Polski może trafić do grupy F, gdzie jej rywalami byliby: Holandia, Japonia i Tunezja. Polacy pokonali w czwartek Albanię, a w finale zmierzą się ze Szwecją.

Szybki reminder

Każdy kibic Rakowa Częstochowa doskonale pamięta zawirowania w kontekście odejścia Marka Papszuna i angażu nowego szkoleniowca Medalików, więc nie ma sensu po raz kolejny tego przywoływać. Legia chciała Marka, Marek chciał do Legii – klasyk.

Władze Rakowa, na czele z właścicielem Michałem Świerczewskim, musiały działać w kwestii zatrudnienia nowego trenera. Wybór padł na miejscowego, na częstochowianina z krwi i kości – Łukasza Tomczyka. Trener Tomczyk przyszedł do Rakowa na zasadzie transferu z Polonii Bytom, z którą awansował z 2. ligi do 1. ligi i na półmetku zmagań obecnych rozgrywek zajmował 2. miejsce premiowane bezpośrednim awansem do PKO BP Ekstraklasy. Stwierdzenie, że sympatycy Medalików byli oczarowani nowym szkoleniowcem, jest chyba nad wyrost, ale śmiało można napisać, że kibice byli pełni optymizmu i nadziei na nowe rozdanie pod Jasną Górą.

W jednym z moich tekstów pisałem o tym, że ten hurraoptymizm jest chyba ciut za duży ze względu na to, że przejęcie sterów na takim statku, jakim jest Raków Częstochowa, po personie takiej jaką jest Marek Papszun, to nie lada wyzwanie. Przekonał się o tym chociażby były już szkoleniowiec Arki Gdynia, Dawid Szwarga, choć w jego przypadku sytuacja była zupełnie odmienna. Ale oczywiście – carte blanche, wszystkie ręce na pokład, wsparcie z każdej możliwej strony i walka.

Przypomnijmy – Marek Papszun, odchodząc do Legii, pozostawił Raków na 4. miejscu w ligowej tabeli ze stratą jednego „oczka” do lidera jesieni, Wisły Płock, z awansem do 1/8 finału Ligi Konferencji oraz ćwierćfinałem STS Pucharu Polski.

Obóz przygotowawczy

7 stycznia 2026 roku Raków wraz z Łukaszem Tomczykiem udał się na obóz przygotowawczy w tureckim Belek. Trener po skompletowaniu swojego sztabu mógł wziąć się do pracy i zacząć wypracowywać nową filozofię gry. 

Czerwono-niebiescy mieli zaplanowane cztery sparingi w ciągu 17 dni zgrupowania w Belek. Na początek, w nieoficjalnym debiucie, Tomczyk zmierzył się z austriackim RB Salzburg (1:1), następnie z Łudogorcem Razgrad (2:2), kolejny z Partizanem Belgrad (1:1) i na zakończenie z FK Vojvodina (3:1) – zakończonym po 45. minutach gry ze względu na kiepskie warunki pogodowe. Od razu rzuca się w oczy fakt, że z czterech meczów aż trzy zakończyły się remisami, choć – jak powszechnie wiadomo – sparingi to swoisty test przed poważnym, ligowym graniem i raczej nikt nie bierze tych wyników na poważnie. Przykład? Widzew pokonujący Jagiellonię aż 7:1, a każdy doskonale wie, na jakich różnych biegunach aktualnie znajdują się obie ekipy w Ekstraklasie. 

Po powrocie do Polski Raków rozegrał jeszcze jeden mecz kontrolny ze Skrą Częstochową, który zakończył się wynikiem 2:1 dla czerwono-niebieskich. Wnioski? Raczej bez konkretów. Zawodnicy przetestowani, pomysły na grę sprawdzone – nie zostało nic innego, jak wejść z „buta” w ligowe granie, a na początek konkretny przeciwnik, bo beniaminek i sensacyjny lider po rundzie jesiennej – Wisła Płock, z którą Raków przegrał 1:2 na Limanowskiego, więc chęć rewanżu ze strony zawodników była spora.

Falstart na wyjeździe, falstart w domu

I… klops. Wisła pokonała Raków tak jak w pierwszym spotkaniu – 2:1. Co prawda Medaliki miały swoje okazje, chociażby kapitalną sytuację Jonatana Brunesa z początku meczu, kiedy to dobrze ustawiony Rafał Leszczyński wyłapał strzał Norwega. Kto wie, jak ten mecz mógł się ułożyć, gdyby napastnik czerwono-niebieskich zdobył gola, ale właśnie – „gdyby”. W piłce nożnej nie chodzi o gdybanie, tylko o zdobywanie goli. Patrząc na suche statystyki z tego meczu, to Medaliki „zdominowały” rywala pod względem celnych strzałów, xG, czy posiadania piłki, ale z przebiegu gry to Wisła była zespołem lepszym, który zasłużył na zwycięstwo. Debiut Tomczyka rozczarował.

Nadszedł czas na „kolejny debiut”, a to ze względu na spotkanie z Radomiakiem przy Limanowskiego 83. Pierwszy mecz w Częstochowie, pierwsze starcie przy swoich trybunach i ogromne nadzieje na zmazanie plamy z premierowego meczu z Nafciarzami. Emocje? No cóż – delikatnie to ujmując – zondacrypto Arena i kibice zgromadzeni na trybunach byli świadkami ciekawszych pojedynków w wykonaniu swoich ulubieńców. Wiele mówi o tym fakt, że ozdobą tego „widowiska” było uderzenie z przewrotki Lamine’a Diabiego-Fadigi, po którym piłka wylądowała w siatce, ale gol nie został uznany. Znów sytuacja analogiczna do potyczki w Płocku – statystyki na korzyść Medalików, ale jak to nie raz śmiałem się z moim serdecznym przyjacielem podczas wspólnych potyczek w FIFA (pozdrawiam Kuba) na PlayStation: „statystyki nie grają”.

Do trzech razy sztuka? Porażka, remis i…? Czas na zwycięstwo? Raków wybrał się do Lubina, gdzie – po raz kolejny już w tej rundzie – można było się zrewanżować za porażkę w Częstochowie. Czerwono-niebiescy próbowali raz po raz zdobyć gola, ale na posterunku tamtego wieczora stał Jasmin Burić. Szczególnie dał się we znaki Jonatanowi Brunesowi, kapitalnie interweniując przy strzale głową kuzyna Erlinga Haalanda z 23. minuty czy w drugiej połowie, kiedy Lamine Diaby-Fadiga miał praktycznie stuprocentową okazję do zdobycia gola. Patrząc na te trzy mecze, to właśnie ten z Lubina był spotkaniem, w którym podopieczni Łukasza Tomczyka byli stroną zdecydowanie lepszą, ale znów czegoś zabrakło. 

Słaba gra – dobry wynik, dobra gra – słaby wynik

Kolejna potyczka w Częstochowie to starcie z drugim beniaminkiem – Bruk-Bet Termalicą Nieciecza. W końcu trzy punkty dopisane do ligowej tabeli. Pierwsze zwycięstwo pod wodzą Łukasza Tomczyka, ale… no właśnie. Styl był zwyczajnie rozczarowujący.  

Pierwsza połowa typowo pod dyktando ekipy spod Jasnej Góry, chociaż były momenty strachu i delikatna nerwówka, natomiast druga część gry… no tutaj nie było kolorowo. Do przerwy Raków prowadził 1:0 po golu Iviego Lopeza i sądząc po tym, jak wyglądało usposobienie piłkarzy po przerwie, można wysnuć wniosek, że Łukasz Tomczyk za wszelką cenę chciał „dowieźć” to 1:0 do samego końca. Medaliki cofnęły się do głębokiej defensywy, nie konstruowały znaczących akcji, a to Słonie były stroną dominującą. Na szczęście zabrakło w drużynie gości tej jakości piłkarskiej i pierwsza wygrana pod wodzą nowego szkoleniowca stała się faktem.

Mecz w Poznaniu to bezprecedensowy kandydat do spotkania sezonu w PKO Ekstraklasie. Siedem goli, cudowne strzały, szybkie akcje, dramaturgia – w tym spektaklu było wszystko, ale niestety nie było najważniejszego – happy endu dla Rakowa. Niemniej jednak, nie rozpisując się za dużo, to z tych 11 meczów pod wodzą Tomczyka ten – subiektywnie oceniając – był najlepszy pod niemal każdym względem. A strzał Iviego z rzutu wolnego? Crème de la crème – coś wspaniałego. Jak machnięcie pędzlem Rembrandta na perfekcyjnie przygotowanym płótnie.

3-ligowiec powalczył, Portowcy zatonęli

Łukasz Tomczyk w tej edycji STS Pucharu Polski spotkał się dwa razy z Avią Świdnik. W pierwszym starciu Tomczyk przegrał 4:2, będąc trenerem Polonii Bytom, co było ogromną sensacją i na pewno sporym kamyczkiem do ogródka trenera. Kolejna wyprawa do Świdnika była już z Rakowem. Warunki, jakie panowały na boisku, każdy pamięta – więcej piachu niż trawy, ale są one takie same dla obu drużyn. Najważniejsze było wygrać i nie dopuścić do kontuzji. Wszystko układało się w miarę dobrze, bo Częstochowianie długo prowadzili 1:0. No właśnie – prowadzili, jednak po zdobyciu gola coś znów nie zagrało. Gra na stojąco i nieszczęście w ostatniej akcji – 1:1, konieczna dogrywka. Na szczęście czerwono-niebiescy od razu rzucili się na przeciwnika od początku dodatkowych 30 minut, szybko strzelili na 2:1 i kontrolowali wydarzenia na boisku do samego końca. Awans wywalczony, ale jakim kosztem?

Do Częstochowy przyjechała Pogoń. Szczecinianie byli w kryzysie i to było widać. Portowcy nie mieli żadnych argumentów w starciu z Medalikami. Postawiłbym nawet taką tezę, że w tym sezonie Ekstraklasy nie było słabszej ekipy niż Pogoń Szczecin, jeśli chodzi o mecze przy Limanowskiego. Nie ujmuję tym Rakowowi, bo zagrali poprawne zawody, ale trzeba pamiętać też o tym, że Portowcy od 24. minuty grali w osłabieniu po drugiej żółtej kartce Alliego Husseina.

Przeklęta Fiorentina, lanie w Zabrzu, remisowa stolica

Powiedzieć, że dwumecz z Fiorentiną został przegrany z kretesem, to ogromne nadużycie. Tak – przegrany ze względu na klasę i jakość rywala, niemniej jednak z tej potyczki można było wycisnąć więcej. Zadecydowały drobne błędy, lekkie niedociągnięcia i brak szczęścia, ale na tym poziomie te drobne detale robią gargantuiczną różnicę. Pewnie można było uniknąć rzutu karnego z pierwszego spotkania we Florencji, pewnie można było zapobiec szybkiej odpowiedzi Ndoura po zdobyciu gola przez Brunesa, pewnie można było zrobić więcej, ale czy możemy to powiedzieć z pełnym przekonaniem? Nie oszukujmy się – Włosi byli w tym dwumeczu jakościowo może nie półkę wyżej, ale pół piętra już na pewno. Dużo świadczy o tym mecz w Sosnowcu, kiedy Karol Struski wyprowadził Raków na prowadzenie i Viola musiała trochę przyspieszyć, żeby nie dopuścić do sytuacji, w której Raków wychodzi na prowadzenie w dwumeczu. I to zrobiła – Fiorentina przyspieszyła, zepchnęła zawodników Tomczyka do głębokiej defensywy i dopięła swego – najpierw wyrównując, a na koniec strzelając na 1:2. Trzeba spojrzeć obiektywnie – były to za wysokie progi jak na tamten moment i sytuację, w której znalazł się Raków.

Wynik z Zabrza komentuje się sam – 3:1 dla gospodarzy i ogromna bezradność ekipy Tomczyka. Do przerwy 2:0 i tylko fura szczęścia uchroniła Raków przed tym, żeby do przerwy nie skończyło się 3:0. Pełna kontrola i dominacja Zabrzan, a co za tym idzie – kolejna porażka drużyny prowadzonej przez Łukasza Tomczyka.

No i na koniec ostatnie ligowe spotkanie z Legią Warszawa pod dowództwem byłego szkoleniowca Medalików Marka Papszuna. Legia swoje problemy ma, ale od kiedy za sterami w stolicy zasiada trener Papszun, to Legioniści (za wyjątkiem meczu z Koroną Kielce) nie przegrali spotkania. Co prawda bilans to dwa zwycięstwa, pięć remisów i jedna porażka, ale widać, że coś drgnęło i może pójść to w jeszcze lepszą stronę. 

Wracając do potyczki Papszun – Tomczyk: szybko strzelony gol przez Medalików, kontrolowanie gry do mniej więcej 40. minuty, a później obrona Częstochowy, ale w stolicy. Nie od dzisiaj wiadomo, że nie ma możliwości bronić się przed atakami co najmniej zbliżonej umiejętnościami drużyny i to musiało się zemścić. Fakt faktem, że Legia wyrównała po rzucie karnym, jednak gol to gol. Podział punktów przy Łazienkowskiej, gdzie można było „wyciągnąć” znacznie więcej. Marek Papszun odrobił lekcje z „nowego Rakowa”.

Tomczyk w liczbach

Zatem mamy za sobą 11 meczów w wykonaniu Łukasza Tomczyka jako szkoleniowca Rakowa. Dwa spotkania w LKE, jedno w STS Pucharze Polski oraz osiem w PKO BP Ekstraklasie. Bilans? Dwa zwycięstwa, cztery remisy, pięć porażek. Sumując wyłącznie mecze w Ekstraklasie – poziom punktowania wynosi obecnie 1,13 pkt./mecz. Biorąc pod uwagę, do czego Raków aspiruje od kilku lat, jest to wynik dramatyczny, który nie przystoi aktualnemu wicemistrzowi Polski. Owszem, terminarz był napięty, natłok meczów spory, ale z przebiegu dotychczasowych spotkań to Raków zwyczajnie zawodzi. Nie raz słyszeliśmy o tym, że Medaliki miały swoje momenty. Co konferencję prasową było słychać z ust trenera: „gdybyśmy wykorzystali swoje momenty”. Trenerze – nie ma co gdybać. Owe „momenty” nabierają już mistycznego charakteru i powoli stają się nieodłącznym elementem Pana wizerunku.

Tymczasem czołówka ligi nieuchronnie zaczyna uciekać, choć przy obecnym spłaszczeniu tabeli wciąż jeszcze można nawiązać walkę. LKE to już przeszłość, a Puchar Polski niebawem może być jedyną deską ratunku dla trenera, żeby ten sezon nie okazał się totalnie straconym. 

Po przerwie reprezentacyjnej, w Wielką Sobotę, 4 kwietnia, Raków zmierzy się na własnym stadionie z Widzewem Łódź. Mecz podwyższonego ryzyka, który dla najbardziej zagorzałych fanatyków czerwono-niebieskich ma ogromne znaczenie. Widzewiacy znajdują się w strefie spadkowej i będą chcieli zrobić wszystko, żeby z Częstochowy wywieźć jakiekolwiek punkty. Trenerze i drużyno – przygotujcie się na tę batalię, bo będzie to mecz wagi ciężkiej dla wszystkich zgromadzonych na stadionie. 

Nasi partnerzy

Logo
Logo
Logo