Coś się posypało w legendarnej obronie Rakowa
Raków Częstochowa dopiero co rozpoczął swoje zmagania w obecnej kampanii Ekstraklasy, jak i europejskich pucharów. Nie wszystko jednak jest tak, jak większość kibiców chciałaby, żeby było.
Wysłane przez Jakub Zacharjasz | wrz 7, 2025 | Piłka nożna | 10 min czytania

Spis treści:
Obiecujący początek
W pierwszym oficjalnym meczu sezonu Raków zwyciężył na Nowej Bukowej z GKS-em Katowice 1:0. Oczywiście, oglądając to spotkanie, nie można było mówić o jakimś wybitnym występie podopiecznych Marka Papszuna, ale – jak to w futbolu – wynik na plus, punkty dopisane do tabeli, więc można było wyciągać wnioski z tego meczu i iść dalej.
Następnie przenieśliśmy się już do europejskiego grania i na stadionie przy ulicy Limanowskiego 83 Raków podejmował MŠK Žilinę w pierwszym meczu eliminacji Ligi Konferencji. Co prawda pierwsza połowa nie była zbytnio porywająca, ale w drugiej części worek z bramkami się otworzył i Medaliki pokonały Słowaków 3:0. Dwa spotkania, dwa zwycięstwa, dwa czyste konta – to mógł być zwiastun solidnej defensywy, do której poniekąd kibice w Częstochowie i nie tylko zostali przyzwyczajeni.
Pierwsza porażka
Na premierową porażkę nie musieliśmy długo czekać, bo już w drugiej kolejce Ekstraklasy beniaminek z Płocka zwyciężył na zondacrypto Arenie 2:1. Marek Papszun na konferencji pomeczowej przyznał, że ten mecz miał wyglądać zupełnie inaczej. Miał, ale nie wyglądał. Pierwsze stracone punkty, pierwsze stracone bramki. Wiemy, że Raków radzi sobie lepiej, kiedy nie musi prowadzić gry, ale w kontekście ligowego grania „Limanka” zazwyczaj była twierdzą, gdzie każdemu ciężko było zdobywać gole, a co dopiero wyjeżdżać z kompletem punktów.
W tym meczu szczególnie zabolał drugi stracony gol, przy którym obrona Medalików dosłownie nie wykonała żadnej pracy w polu karnym, żeby w jakikolwiek sposób powstrzymać przeciwników. Począwszy od dreptającego Jesusa Diaza przy rywalu dośrodkowującym piłkę, po Struskiego, Mosóra, Plavsicia, czy Amorima. Jeszcze wcześniej mogło coś wpaść dla Wisły, ale raz Trelowski uratował sytuację, a drugi raz mocno pomylił się Sekulski.
Długofalowy worek z bramkami
I się zaczęło… Kolejne tracone gole i po raz kolejny na własnym stadionie. Mecz z Maccabi Haifą przegrany 0:1 po teoretycznie niezłym spotkaniu i golu, który nie miał prawa wpaść. Złe krycie Zorana Arsenicia, słabe ustawienie Stratosa Svarnasa, bierność Ericka Otieno i Oskara Repki. Zbyt wiele niepożądanych czynników, które wpłynęły na radość drużyny przyjezdnej. I okej, to nie katastrofa, biorąc pod uwagę, że był to mecz eliminacyjny i można było nadal wszystko odwrócić na swoją korzyść w rewanżu. Tak właśnie się stało – po dobrym meczu Raków odwrócił wynik i wyeliminował Izraelczyków.
Grając w eliminacjach, trzeba być świadomym większej intensywności. Medaliki po czwartkowym zwycięstwie już w niedzielę powróciły na ligowe boiska. Mecz z Radomiakiem w Radomiu – szczególnie w pierwszej połowie – był bardzo ciężki do oglądania: zero konkretów, a co za tym idzie zero goli. Jednakże w drugiej części gry to miejscowi kibice mieli o wiele więcej radości z oglądania poczynań piłkarzy na boisku niż kibice z Częstochowy. Radomiak raz, Radomiak dwa, Medaliki zdołały nawiązać kontakt po golu Jonatana Brunesa, ale ostatnie słowo należało do Radomiaka – 3:1. Trzecia kolejka, a bilans goli w lidze? 5:5.
Wystarczyły trzy kolejki
W sezonie 2024/25 po 14 ligowych kolejkach Raków stracił tylko cztery gole, co ustanowiło nowy rekord Ekstraklasy odnoszący się do najmniejszej liczby straconych goli na tym etapie sezonu – to dawało średnią 0,29 gola na mecz! Istny kosmos, który jest wynikiem wybitnym, a przede wszystkim przez wiele lat może być rekordem nie do pobicia. Poprzedni rekord należał do Górnika Zabrze z sezonu 1984/85, który po 14 kolejkach miał na koncie sześć straconych bramek (0,43 gola na mecz). 40 lat drużyna z Górnego Śląska dzierżyła ten “tytuł”, co samo w sobie mówi o tym, że jest to rzecz co najmniej wielka.
Minął rok i już wiemy, że Raków nie zdoła przebić, ani wyrównać własnego rekordu. Po trzech kolejkach PKO BP Ekstraklasy ekipa spod Jasnej Góry straciła już pięć goli, a przecież trzeba napisać jeszcze o meczach, które odbyły się później. Skupmy się póki co na Ekstraklasie. Mecz z kolejnym beniaminkiem – Bruk-Betem Termalicą w Niecieczy. Zaczęło się źle – w 3. minucie błąd Konstantopulosa, bierność Arsenicia i było 1:0. Nie ma co znów przytaczać całego obrazu meczu, ale – jak wiadomo – Raków, mocno podrażniony, strzelił 3 gole i kiedy wszyscy myśleli, że mecz zakończy się wynikiem 1:3, miał miejsce kolejny błąd w defensywie. Tym razem zaczęło się od zbyt krótkiego wybicia Marko Bulata, który swoją drogą rozegrał najlepsze zawody do tej pory właśnie w Niecieczy. Później kilka drobnych błędów i skończyło się stratą drugiego gola. Owszem – mecz wygrany, zwycięzców się nie sądzi, ale widać było, że coś złego dzieje się w formacji defensywnej.
Ostatni ligowy mecz z Pogonią to kolejne stracone gole. Mimo, że Portowcy w ostatnich tygodniach nie mieli zbyt udanego czasu, to na “zmęczony” Raków wystarczyło. Można uważać, że pierwszy gol stracony w tym spotkaniu to wynik dobrego uderzenia Kamila Grosickiego. Owszem, to był dobry strzał, ale zanim piłka dotarła do „Turbogrosika”, to zbyt krótkim wybiciem “popisał się” Zoran Arsenić. Drugi gol to błąd duetu Diaby-Fadiga i Oskar Repka. Ten pierwszy stracił piłkę w środkowej strefie boiska, a drugi z łatwością dał się ograć Samowi Greenwoodowi. Podsumowaniem tego meczu była mina Jeana Carlosa leżącego w bramce Kacpra Trelowskiego po nieudanej próbie zatrzymania Paula Mukairu.
Zoran Arsenić
Jak można było zauważyć, już kilka razy w tekście padło nazwisko kapitana Medalików – oczywiście nie z przypadku. Wcześniej nie opisywaliśmy z jakąś większą dokładnością meczu z Radomiakiem właśnie ze względu na to, aby poczekać z tym do tego momentu w tekście. Zoran był odpowiedzialny za stratę dwóch z trzech goli w tamtym meczu. Najpierw zabawił się z nim Osvaldo Pedro Capemba, czyli popularny Capita, który wkręcił kapitana Medalików w murawę, a następnie Arsenić sprokurował rzut karny, faulując Rafała Wolskiego, co zakończyło się kolejnym straconym golem. Do tych dwóch błędów z meczu w Radomiu można dopisać jeszcze dwa kolejne (w kontekście Ekstraklasy) – pierwszy gol dla Termalici oraz gol Grosickiego w Szczecinie. Co prawda nie były to aż tak rażące pomyłki, jak te popełnione w Radomiu, ale całościowo można wygarnąć Zoranowi sprokurowanie kolejnych straconych goli. To moja subiektywna ocena, więc mógłbym napisać, że błędy z meczów z Bruk-Betem i Portowcami były “na spółkę” z innymi, co dałoby w końcowym rozrachunku jednego gola na konto kapitana Rakowa.
Nie możemy zapominać, że wcześniej były jeszcze mecze eliminacji Ligi Konferencji Europy. Rewanż z MŠK Žilina wygrany 3:1 przypieczętował awans Medalików, jednak zaczęło się źle – w 13. minucie Raków stracił gola po złym wybiciu Arsenicia. Kolejne spotkanie pucharowe – Arda Kyrdżali w fazie play-off LKE. W Bułgarii czerwono-niebiescy wygrali 2:1, a gola dla miejscowych zdobył Antonio Vutov z rzutu karnego, do którego doprowadził… już chyba nie muszę wpisywać kto.
Garść statystyk
Cofnijmy się trochę pamięcią, a dokładnie do sezonu mistrzowskiego 2022/23. Raków wykręcił wtedy niesamowity wynik, jeśli chodzi o bilans bramkowy – bramki strzelone: 63, bramki stracone: 24, różnica bramek: 39 na plus.
Czyste konta: 16 (najwięcej w klubie: Vladan Kovačević). Procent czystych kont = 16/34 = 47,1%. Taki wynik stawiał Medalików w czołówce europejskich klubów. Sir Alex Ferguson stwierdził kiedyś, że atakiem wygrywa się mecze, natomiast obroną zdobywa trofea.
Kolejna kampania Medalików była ciut mniej udana w kontekście Ekstraklasy. Wtedy już pod wodzą trenera Dawida Szwargi – bramki 54:39 (różnica +15). Trzeba mieć na uwadze, że był to sezon, w którym czerwono-niebiescy otarli się o fazę grupową Ligi Mistrzów (przegrany dwumecz z Kopenhagą 1:2), a tym samym wylądowali w fazie grupowej Ligi Europy. Sporo nowych twarzy w drużynie, równie dużo kontuzji – szczególnie w formacji defensywnej – te czynniki niewątpliwie wpłynęły na całokształt i słabsze wyniki.
W końcu docieramy do zeszłego sezonu, w którym jak wspominaliśmy, ekipa już pod wodzą Marka Papszuna wykręciła rekord Ekstraklasy w najmniejszej liczbie straconych goli po 14 kolejkach (4). Mało brakowało, a po powrocie legendarnego już trenera od razu częstochowianie mogli się cieszyć z kolejnego mistrzostwa. Ale skończyło się na wicemistrzostwie, co i tak było ogromnym sukcesem, biorąc pod uwagę to, jakie “porządki” trzeba było zrobić w szatni. Raków w tej kampanii wykręcił równie imponujący wynik jak w sezonie mistrzowskim – bramki strzelone: 51, stracone: 23, różnica: 28 na plus. Co rzuca się w oczy w porównaniu do czasu, kiedy Medaliki zdobywały tytuł, to o wiele mniej zdobytych goli, a to sprawiło, że w Częstochowie nie zapanowała radość, jakiej wszyscy kibice by pragnęli.
Dotarłem do ciekawego postu w kontekście obrony Rakowa we wszystkich meczach w Europie:
Jedynie Inter Mediolan był w stanie wykręcić lepszy wynik niż drużyna z Częstochowy. Niewątpliwie jest to statystyka warta podkreślenia, która powinna robić wrażenie na każdym, kto interesuje się poczynaniami naszych polskich drużyn w Europie.
To sygnał dźwiękowy
Za nami dopiero siedem kolejek PKO BP Ekstraklasy, a bilans bramkowy Rakowa to 6:9. Pamiętajmy również o tym, że Medaliki mają jeszcze dwa zaległe spotkania – z Zagłębiem Lubin i Lechem Poznań na własnym stadionie. Sumując jednak Ekstraklasę i eliminacje LKE, ten bilans prezentuje się następująco: 12 straconych goli w 11 meczach, co daje średnią ponad jednego gola na mecz (będąc dokładnym – 1,09).
Trener Papszun i jego sztab powinni dobrze przepracować okres na przerwę reprezentacyjną. Za tydzień Raków wraca do zmagań ligowych, a wrześniowy grafik Medaliki mają bardzo napięty – cztery mecze w odstępie trzynastu dni. Górnik Zabrze, Legia Warszawa oraz Lech Poznań na zondacrypto Arenie, a zakończenie września będzie miał miejsce szlagier w “Sercu Łodzi” z Widzewem. Mecze domowe mogą okazać się bardzo istotne w kontekście jesieni w Ekstraklasie. Natomiast już na początku października czerwono-niebiescy zagrają w Sosnowcu na ArcellorMittal Park z Universitatea Craiova w pierwszym spotkaniu fazy ligowej UEFA Conference League. Mikrocykle treningowe w tym gorącym okresie odegrają szczególną rolę, a kibice, już 2 października będą mogli wyciągać większe wnioski dotyczące tego, co dalej wydarzy się z Rakowem Częstochowa.




