startBlogARTUR CZAJA SHOW! „Wszyscy do tego wracają”

ARTUR CZAJA SHOW! „Wszyscy do tego wracają”

Artur Czaja był gościem dziesiątego odcinka ŻUŻLA NA WYLOT. Wychowanek Włókniarza opowiedział wiele fenomenalnych anegdot.

Wysłane przez Maksymilian Kokott | lip 3, 2025 | Żużel | 6 min czytania

Artur Czaja, wychowanek Włókniarza, bronił biało-zielonych barw przez pięć sezonów (2011-2014 oraz 2016). Kibicom częstochowskich „Lwów” najbardziej zapadł w pamięć sezon 2013, kiedy to razem z bardzo ciekawą i widowiskowo jeżdżącą drużyną awansował do półfinału rozgrywek Ekstraligi. Zakończył karierę w 2020 roku, a wczoraj pojawił się jako gość specjalny w programie ŻUŻEL NA WYLOT, w którym nie brakowało powrotów do przeszłości, informacji zza kulis oraz perspektywy i oceny dzisiejszego speedwaya. Jak 31-latkowi idzie na sportowej emeryturze?

Ciężko. Myślałem, że będzie łatwiej w nowym zawodzie, ale jakoś sobie radzę. Żużel nadal oglądam. Staram się śledzić Włókniarz, Grand Prix, więc coś tam jeszcze w temacie jestem. Jeżeli mam czas i nie zapomnę o jakimś meczu, to staram się go zobaczyć i pokibicować – przyznał.

Za wieloma żużlowcami przy okazji początku kariery stała ciekawa historia, często owiana brakiem zrozumienia rodziców. Dzieciaki, którzy marzą o karierze żużlowej zwykle od najmłodszych lat interesują się tym sportem. Zanim wsiądą na motocykl wiedzą już sporo na temat speedwaya, a później chcą to przekuć w praktykę. Zupełnie inaczej wyglądało to w przypadku Artura Czai, który jeszcze przed pierwszymi treningami nie do końca wiedział czym jest żużel:

Każdy mnie o to pyta. To było tak, że jak miałem 10 lat, tata kupił mi pierwszego crossa. Jeździłem z nim i mówili: kurcze, ten taki mały i mu tak wychodzi, weź go zapisz do jakiegoś klubu. Potem dostałem większego crossa i miałem propozycję z Bielska, żeby jeździć tak na motocrossie. Mama odradzała mi przeprowadzkę w wieku 13 lat. Minął rok i pan Zarzecki, który prowadził podobną firmę, jak mój tata, powiedział żeby zapisać mnie na żużel. Ja mówię – jaki żużel, dookoła będę jeździł? Co wy, to ja już w ogóle nie chce jeździć.

– I pojechałem na pierwszy sparing, jak zobaczyłem ten dźwięk, ten zapach metanolu. Nawet nie zobaczyłem całego biegu i powiedziałem – ja chcę jeździć. A mama – nie będziesz jeździć, nie ma szans. Pogadałem z tatą, trochę chciał a trochę nie chciał. Po wypadku Ułamka z Richardsonem wydawało się, że jest pozamiatane. Ale potem się zgodziła…Walczyłem z pół roku, żeby się zapisać – zdradza.

Czaja odniósł się również do pytań o byłych kolegów z drużyny, w której głóśnych nazwisk nie brakowało. Rafał Szombierski to postać nietuzinkowa zarówno na torze, jak i poza nim. Artur, który nie rozpoznawał w tamtym czasie jeszcze wszystkich zawodników szybko odnalazł z „Szuminą” wspólny język… jednak najpierw musiał zorientować się kim on właściwie jest:

– Pamiętam, jak przyszedł. Powiedział mi: Artur, jak zdasz licencję, to w przyszłym roku będziesz jeździł w składzie. Jeszcze nie znałem tych wszystkich zawodników i mówię tak: kurczę, tak po śląsku mówi, co to za gość? I ja się z nim wtedy tak zakumplowałem. […] Mam z nim do tej pory jakiś kontakt. Był u mnie w domu, trochę pogadaliśmy. Nie można ukryć, że przebywa niedaleko mnie i wpadł na kawę przy okazji powrotu – mówił.

fot. Anna Dymek

Świetnie przy Olsztyńskiej wspominany jest popularny „Grisza”. Grigorij Łaguta trafił do Włókniarza w roku 2011. Artur Czaja opowiadał nam, że to właśnie z Rosjaninem złapał znakomity kontakt. Mimo tego ich znajomość zaczęła się… dosyć burzliwie:

Z Griszą miałem super kontakt przez te wszystkie lata. Od razu tak jakoś się zakolegowaliśmy. A nie… pierwszy trening z Griszą to było coś takiego, że przed pierwszym meczem w Częstochowie wsadził mnie w płot, skasował mi motor. Na następnym treningu wybiegłem do niego z pięściami, mechanicy się starli. Przybiliśmy sobie piątkę i od tego momentu byliśmy superdobrymi kolegami. Razem trenowaliśmy, podpowiadaliśmy sobie, często przyjeżdżał do mojego domu na obiad, korzystał z mojego sprzętu. Miałem z nim, ze wszystkich kolegów, najlepszy kontakt – twierdzi Czaja, który nawiązał do pamiętnego sezonu 2013:

Dobrze szło całej drużynie. Gdyby nie ten feralny mecz, czy decyzje, czy defekt, to jechalibyśmy o tego mistrza. Fajne były czasy. Myślę, że każdy kto wtedy chodził na żużel, też je super wspomina. Kiedy ktoś mnie spotyka, wszyscy do tego wracają. Pamiętam, jak przed tym meczem sprzedali tyle biletów i ktoś powiedział: Słuchajcie, szykujcie jakieś bilety na miejsca stojące, żeby ludzie byli na schodach, bo sprzedaliśmy wszystkie miejsca siedzące, a dalej mamy kolejki.” – opowiada były żużlowiec.

Gości w studiu wyjątkowo rozbawiła historia z delegacji. Wyjazdy w PGE Ekstralidze zwykle odbywają się do tych samych, znanych ośrodków żużlowych. Inaczej sprawa wygląda na zapleczu. Tam często zdarzają się delegacje, o których szybko się nie zapomina. Artur Czaja wspomina zwłaszcza, gdy wraz z drużyną Włókniarza wybrał się na Łotwę:

– Jedyne, co pamiętam z tego wyjazdu, to to, że jechaliśmy ja, Łęgowik i chyba Polis. Trzema busami. Jesteśmy już na Litwie, dojeżdżamy do granicy łotewskiej. Robili remonty, kończył się asfalt, jak te auta zaczęły jeździć, to zaczęło się kurzyć. Musieliśmy się zatrzymać. Musieliśmy iść do łazienki. Wszyscy powracali, drzwi się pozamykały, minęło pół godziny i dzwoni trener Kafel i mówi: „Dlaczego żeście pojechali? Ja zostałem na granicy…” – Tak się kurzyło, drzwi się zamknęły, no to jazda. Mówię: dobra, trzeba się wracać po trenera. – Ale ktoś go tam zgarnął po drodze – wspominał Czaja. Cały program do obejrzenia na naszym kanale:



Nasi partnerzy

Logo
Logo
Logo