Relacja z wernisażu „Impuls. Energia, pasja, kolor” – Sonia Wojtysek i Tomasz Wojtysek
Konduktorownia, 5.12.2025.
Wysłane przez Artur Kita | gru 8, 2025 | Częstochowa | 4 min czytania

Pół godziny po wernisażu Martty Węg, również w Konduktorowni, odbył się wernisaż Soni Wojtysek i Tomasza Wojtyska. Tytuł wystawy, „Impuls. Energia, pasja, kolor”, zdradzał, że nikt nie wyjdzie stamtąd obojętny ani przypadkiem nie pomyli tej ekspozycji z wystawą monochromatycznego minimalizmu. W zasadzie trudno było oprzeć się wrażeniu, że każdy przyszedł tu po energetyczny zastrzyk. Bo kto potrzebuje espresso, skoro można dostać porcję energetycznego, orzeźwiającego koloru prosto w oczy? Pierwszą częścią wizualnej podróży były obrazy Soni Wojtysek — intensywne, soczyste, pachnące południem Europy, jakby ktoś w Konduktorowni uchylił okno prowadzące wprost na Sycylię. Kto raz spojrzał na jej martwe natury, ten miał ochotę pochylić się bliżej, żeby sprawdzić, czy przypadkiem z płótna nie spadają figi, a oliwa nie zaczyna błyszczeć na stole.
Motywy kulinarne, dekoracyjne, azulejos i ta charakterystyczna śródziemnomorska aura sprawiały, że z każdym krokiem rosło wrażenie zanurzenia w świecie smaków i światła. Publiczność przystawała przy obrazach i niemal jednogłośnie słychać było: „Chciałbym tam być…”. Niektórzy dodawali nawet cicho: „I coś zjeść…”. Sonia, ze swoją malarską dojrzałością (i imponującym dorobkiem wystaw od Częstochowy po Rumunię), ponownie udowodniła, że potrafi opowiadać historie małych przyjemności z taką lekkością, że człowiek od razu zaczyna planować wakacje. Potem nastąpiło dynamiczne przejście — niczym zmiana kanału z „Kuchennych rewolucji” na finał Wimbledon. Obrazy Tomasza Wojtyska to eksplozja ruchu i napięcia. Tenisiści łapiący wymarzony forhend, piłkarze zawieszeni w powietrzu na chwilę przed strzałem, rowerzyści pędzący tak, że aż widz musiał instynktownie zrobić krok w bok.
Tomek, którego malarska kariera rozciąga się przez Polskę, Włochy, Niemcy, Rumunię i Chiny, znowu pokazał, że potrafi zatrzymać emocję dokładnie w tym momencie, w którym napięcie jest najwyższe. Intensywna kolorystyka sprawiała, że człowiek miał wrażenie, iż zaraz usłyszy wiwat publiczności albo przynajmniej trzask tenisowej rakiety. Jego obrazy były jak wizualny zastrzyk dopaminy — w wersji dla tych, którzy wolą sport oglądać, niż w nim uczestniczyć (szczególnie w grudniowy wieczór). To, co na wernisażu robiło największe wrażenie, to spotkanie. Spotkanie dwóch temperamentów, dwóch narracji, dwóch sposobów patrzenia na świat — a jednak mówiących tym samym językiem: językiem koloru i pasji. W jednej części sali – światło południa, zapach morza i figi dojrzewające w słońcu. W drugiej – pot, wysiłek i ruch, który niemal wprawiał powietrze w drganie. A jednak te dwa światy splatały się ze sobą tak naturalnie, że odbiorca przechodził od jednego do drugiego bez żadnej dysonansowej zadyszki.
To trochę tak, jakby sztuka sama serwowała widzowi zestaw degustacyjny: przystawkę z południa Europy i danie główne z areny sportowych emocji. Goście długo krążyli między obrazami, wymieniając się spostrzeżeniami, robiąc zdjęcia i poszukując „tego jednego” ulubionego płótna — choć wielu miało problem, by wskazać tylko jedno. Można było usłyszeć, wśród szeptów oglądających: – „Ten kolor! Jak ona to robi?” – „Patrz, patrz, ten tenisista zaraz uderzy!” – „To wszystko takie żywe, że aż trudno uwierzyć, że to farba.” Klimat był swobodny, serdeczny i pełen energii — dokładnie takiej, o jakiej mówił tytuł wystawy. Wiele osób podkreślało, że dawno nie było na wernisażu, który tak skutecznie wywołuje uśmiech. A jednak — da się. „Impuls. Energia, pasja, kolor” to wystawa, która rzeczywiście działa jak impuls — pobudza i zachęca, by spojrzeć na świat intensywniej, czulej i z większą ciekawością. Sonia i Tomek Wojtysek stworzyli przestrzeń, w której każdy widz mógł znaleźć coś dla siebie — czy to promień południowego słońca, czy dynamikę sportowej akcji. To jedno z tych wydarzeń, po których człowiek wraca do domu z poczuciem, że życie jest trochę bardziej kolorowe, niż było jeszcze dwie godziny wcześniej. I że warto dać się porwać pasji — choćby w wersji malarskiej.
Artur Kita @ak



fot. Tomasz Wojtysek, Sonia Wojtysek


