Film o częstochowskim reggae. „Żywe Drzewo” przenosi w świat dubu i dubstepu
Jamajskie słońce można odnaleźć pod Jasną Górą.
Wysłane przez Artur Kita | lis 4, 2025 | Częstochowa | 5 min czytania

Kiedy ludzie myślą o Częstochowie, przed oczami staje im zazwyczaj jasnogórski klasztor, pielgrzymki i niekończące się rzesze turystów. Muzycznie – T.Love, Muniek Staszczyk, Formacja Nieżywych Schabuff, może trochę jazzowego polotu spod znaku Tie Break czy Young Power, Janusz Yanina Iwański. Ale reggae? Dla wielu to połączenie równie egzotyczne jak jamajski bębniarz na środku Alei Najświętszej Maryi Panny. A jednak! Okazuje się, że właśnie pod tą słynną wieżą przez lata pulsowały rytmy rodem z Kingston – i to w całkiem imponującym stylu.
Tę historię, pełną pasji, brzmienia i niespodzianek, opowiedział w swoim filmie Łukasz „Lotnik” Mszyca – członek częstochowskiego sound systemu Rise Up! Przez ponad dwa lata z ogromną cierpliwością tworzył obraz, który dziś śmiało można nazwać pierwszym tak pełnym dokumentem o jednej z najciekawszych scen muzycznych w Polsce. „Żywe Drzewo” to tytuł, który idealnie oddaje to, co wydarzyło się w filmie. Bo to rzeczywiście opowieść o drzewie – z mocnymi korzeniami w przeszłości, rozłożystymi gałęziami sięgającymi współczesności i liśćmi, które wciąż rosną, czerpiąc słońce z jamajskiego rytmu. Inspiracją dla tytułu był utwór zespołu Habakuk, ale symbolika wykracza daleko poza muzyczny cytat – to metafora całej kultury, która w Częstochowie rozkwitła, ewoluowała i nieustannie żyje.
Film Mszycy nie jest suchą kroniką faktów, lecz prawdziwą podróżą – z rytmem, barwą i pulsem, który prowadzi widza przez kolejne etapy rozwoju częstochowskiej sceny reggae. Widzimy, jak pierwsze zespoły – często z minimalnym sprzętem, ale maksymalnym entuzjazmem – zaczynały swoje próby w piwnicach, mieszkaniach i garażach. Potem przyszły lata rozkwitu. Sound systemy, imprezy klubowe, całe środowisko pasjonatów, którzy traktowali muzykę nie tylko jako rozrywkę, ale jako sposób życia. Reżyser umiejętnie przeplata wypowiedzi artystów z materiałami archiwalnymi – starymi zdjęciami, plakatami, fragmentami koncertów i teledysków. Niektóre ujęcia wyglądają jak kapsuła czasu – trochę „szumu”, trochę analogowego ciepła, a w tle niegasnąca energia tamtych dni. Nie zabrakło też współczesności. W drugiej części filmu „Żywe Drzewo” przenosi nas w świat nowoczesnych brzmień – dubu i dubstepu.
Ten ostatni, z natury mroczniejszy, stanowi jakby nową gałąź wspomnianego drzewa: inne tempo, inne emocje, ale wciąż z tego samego pnia. Największą siłą filmu są ludzie – artyści, muzycy, promotorzy, DJ-e i selektorzy, którzy tworzyli i nadal tworzą częstochowską scenę. Ich wypowiedzi są szczere, barwne, często podszyte humorem i wspomnieniami, które niosą prawdziwe emocje. To właśnie oni opowiadają o pierwszych koncertach, o trudnościach z nagłośnieniem, o publiczności, która czasem przychodziła z ciekawości, a zostawała z miłości do rytmu. Dowiadujemy się, jak rodziło się zjawisko sound systemów – jak przenośne wieże głośników stawały się sercem klubowych wydarzeń, jak zaraźliwy był entuzjazm i jak z niewielkiej grupki pasjonatów powstał ruch, który przetrwał dekady. Wśród anegdot można usłyszeć historie o koncertach w miejscach, które dzisiaj nikt nie nazwałby „salą koncertową” – ale wtedy wystarczyło kilka kabli, wzmacniacz i chęć do grania, by stworzyć coś niezwykłego.
„Żywe Drzewo” to nie tylko dokument, ale swoisty hołd dla ludzi, którzy przez lata pielęgnowali reggae w Polsce. Widać, że powstał z miłości do tematu – każdy kadr, każda rozmowa i każdy dźwięk pulsują pasją. W filmie nie brakuje humoru, luzu i tej charakterystycznej jamajskiej filozofii „no stress”, ale też momentów refleksyjnych – gdy bohaterowie mówią o przemijaniu, o zmianach w muzyce, o tym, jak trudno dziś utrzymać ducha wspólnoty w świecie streamingu i smartfonów. Mszyca z wyczuciem łączy dokumentalną rzetelność z artystycznym zacięciem. Montaż jest dynamiczny, muzyka prowadzi narrację, a całość ma tempo i lekkość, które sprawiają, że film ogląda się z przyjemnością – nawet jeśli na co dzień słuchamy czegoś zupełnie innego. „Żywe Drzewo” to pozycja obowiązkowa nie tylko dla fanów reggae, ale dla wszystkich, którzy chcą zrozumieć, jak wygląda oddolna, autentyczna scena muzyczna w Polsce. To film o ludziach z pasją, o mieście, które ma swoje muzyczne tajemnice, i o tym, że nawet pod cieniem Jasnej Góry można znaleźć słońce Jamajki. Przed i po projekcji filmu opowiadali o nim reżyser oraz niespodziewany gość – Artur Szumlas, autor tekstów zespołu Habakuk. Na widowni widzieliśmy również basistę tej grupy – Wojciecha Cyndeckiego. Spotkanie prowadził Zbigniew Matyszczak.
Artur Kita, @ak


