startBlogFajerwerki tylko na trybunach. Bezbarwny Raków na remis w hicie kolejki 

Fajerwerki tylko na trybunach. Bezbarwny Raków na remis w hicie kolejki 

Medaliki wymęczyły remis ze słabo wyglądającą Legią. 

Wysłane przez Jakub Zacharjasz | wrz 21, 2025 | Piłka nożna | 8 min czytania

W 9. kolejce PKO BP Ekstraklasy Raków Częstochowa na zondacrypto Arena zremisował 1:1 z Legią Warszawa po mało atrakcyjnym widowisku ze strony jednych, jak i drugich. 

Pozytywne pierwsze minuty

Już w tunelu przed wyjściem na murawę było słychać głośne okrzyki motywacji ze strony piłkarzy Rakowa. Kibice przygotowali oprawę, a gorący doping niósł się po całym stadionie. Można było wyczuć, że jest to ważne spotkanie nie tylko dla zawodników, ale również dla kibiców, którzy są głodni wygranych i powrotu Medalików na zwycięską ścieżkę. 

Przed pierwszym gwizdkiem sędziego było nad wyraz intensywnie. Po rozpoczęciu spotkania to właśnie piłkarze Marka Papszuna chcieli narzucić Legii swoją intensywność. Raków od pierwszych sekund nie pozwolił Legionistom na spokojne rozgrywanie. Cały zespół wykonywał agresywne skoki pressingowe, a co za tym szło – zmuszał przeciwników do błędów, między innymi na Kacprze Tobiaszu, czy na Jürgenie Elitimie, po którym Fran Tudor zagrał ciekawą, ciętą piłkę w pole karne. Na nieszczęście dla Rakowa nie było tam ani Imada Rondicia, ani Jonatana Brunesa, a osamotnionemu Iviemu Lopezowi zabrakło przysłowiowych centymetrów, by zamknąć akcję strzałem z główki. Mimo że czerwono-niebiescy grali dość agresywnie, to jednak nie tworzyli sobie sytuacji do strzelenia gola, a z każdą minutą było widać wysiłek włożony w wysoki pressing.

Im dalej w las, tym gorzej

To nawet nie były dobre dwa kwadranse w wykonaniu Rakowa. Można było odnieść wrażenie, że po około 20–25 minutach zabrakło paliwa niektórym piłkarzom w czerwonych koszulkach. Legia powoli zaczęła przejmować inicjatywę i spychać gospodarzy do coraz głębszej defensywy. Efektem tego była pierwsza składna akcja Wojskowych, po której to Petar Stojanović był w bardzo dobrej sytuacji do zdobycia gola, ale po jego uderzeniu piłkę delikatnie wyblokował Marko Bulat i strzał Słoweńca odbił się od słupka. Sędzia Przybył wskazał na rzut rożny. Piłkę w narożniku ustawił Rúben Vinagre i bardzo dobrze dośrodkował na wchodzącego Steva Kapuadiego, a ten oddał uderzenie głową tuż obok słupka. W minutę podopieczni Marka Papszuna otrzymali dwa sygnały alarmowe, a to po całkiem niezłym początku nie wróżyło nic dobrego. 

Gol dla Wojskowych to istny festiwal błędów. W zasadzie zaczęło się od Frana Tudora – i to aż trzy razy. Akcja bramkowa zawodników Edwarda Iordănescu zaczęła się od złego zagrania Tudora, które przejął Jürgen Elitim. Następnie, po kilku podaniach Legii, piłkę ponownie wybił wahadłowy Rakowa pod nogi Szymańskiego i po zaledwie trzech podaniach gości Fran znów wybił futbolówkę – tym razem w stronę Kamila Piątkowskiego. Te wszystkie zagrania miały miejsce podczas tej jednej akcji bramkowej! W końcowym rozrachunku to bierność Bogdana Racovitana, Jonatana Brunesa i Tudora przy podaniu Krasniqiego do Elitima spowodowała, że Kolumbijczyk był w stanie dorzucić piłkę na jedenasty metr od bramki Trelowskiego. Tam słabo interweniował Bulat, wybijając piłkę zbyt krótko, a przed polem karnym dopadł do niej Petar Stojanović, którego odpuścił w kryciu Ivi López. Słoweniec uderzeniem z powietrza pokonał bramkarza Rakowa i na zondacrypto Arenie mieliśmy wynik 0:1. 

Kontrowersyjny rzut karny

Ostatnimi czasy Raków po straconym golu gaśnie. Medaliki nie są w stanie zbytnio zareagować, kiedy to przeciwnik zada pierwszy cios. Tak było i w tym meczu. Można zakładać, że kiedy tracisz gola pod koniec pierwszej połowy, to z jednej strony nie chcesz odsłaniać się maksymalnie i narażać na kolejne straty, ale z drugiej – warto spróbować “wcisnąć” piłkę do bramki przeciwnika jeszcze przed przerwą. Legioniści po objęciu prowadzenia nie cofnęli się do głębokiej defensywy, a starali się dalej utrzymywać kontrolę. Ta jednak wymknęła się w doliczonym czasie gry, kiedy po zagraniu z rzutu wolnego przez Marko Bulata w walce o piłkę pomiędzy Zoranem Arseniciem a strzelcem gola Petarem Stojanoviciem sędziowie na wozie VAR zauważyli pewne nieprawidłowości i wezwali do monitora arbitra głównego. Na powtórkach ewidentnie było widać zagranie ręką Słoweńca, jednak również kapitan Medalików popracował łokciem przy wyskoku swojego przeciwnika, co mogło (chociaż wcale nie musiało) spowodować nieprzepisową interwencję Stojanovicia. 

Po dłuższej analizie sędzia Przybył zdecydował się podyktować rzut karny dla Rakowa, a tego na gola zamienił Ivi López, który podpiął cały zespół pod aparaturę tlenową i wlał nadzieję w serca kibiców, że jeszcze nie wszystko stracone.

Wszechobecny marazm

Co by nie pisać o pierwszej części spotkania, to jednak trochę się działo. Oprócz goli i tych dwóch różnych obliczach drużyny trenera Papszuna warto też pochwalić kibiców Rakowa. Ciekawa oprawa, a także pokazy pirotechniczne na pewno cieszyły oczy publiczności zgromadzonej tego wieczoru na Limanowskiego 83. 

Przechodząc jednak dalej – druga połowa nie przyniosła zbyt wiele emocji. Czerwono-niebiescy chwilami byli aż nadto zepchnięci do gry w tercji defensywnej. Legia rozgrywała piłkę po obwodzie, do znudzenia. Momentami Legioniści przypominali swoją grą Raków Dawida Szwargi – rozgrywanie piłki po obwodzie i próby rozerwania obrony przeciwnika. Wojskowi mówiąc kolokwialnie walili głową w mur, a Medaliki od czasu do czasu próbowały swoich sił z kontry. Lecz niestety dla trenera Papszuna tych było jak na lekarstwo, a jak już były, to kończyły się strzałem piętą Patryka Makucha z okolic piętnastego metra albo “podaniem” Marko Bulata w ręce Kacpra Tobiasza. Czy to był mecz dla koneserów taktyki? Tak. Czy był ciekawy? Raczej nie.

Tragiczne zmiany

Jeśli w meczu nie idzie, to trener sięga po zmiany. W przypadku roszad w tym meczu niekoniecznie możemy mówić o poprawie. Ciężko jest wyróżnić jakiegokolwiek zawodnika za to spotkanie, ale jeśli mowa o zmiennikach, to na pewno warto wspomnieć o tym, jak słabo zaprezentował się Patryk Makuch. 

Makuch pojawił się w miejsce Imada Rondicia i tym samym zamienił się pozycjami z Jonatanem Brunesem – Norweg został przesunięty na pozycję numer 9, a były zawodnik Cracovii na rozgrywającą 10. Katastrofalne przyjęcia piłki, złe decyzje jeśli chodzi o wybory w zagraniach, ślamazarny, wolny, czytelny – można by było wypisywać sporo negatywnych przymiotników. Kiedy trzeba było odegrać do kolegi, to Makuch oddawał strzał. Kiedy trzeba było strzelać – szukał nieszablonowych rozwiązań. Był to jego jeden z najsłabszych, jak nie najsłabszy występ w barwach Rakowa. Nawet sam Marek Papszun po jednym z popisów “Makiego” tak mocno się zdenerwował, że krzyczał w jego stronę dobrych kilkanaście sekund. 

Michael Ameyaw nie wniósł nic do gry po wejściu, tak samo Oskar Repka, czy Lamine Diaby-Fadiga. Jedynie Adriano Amorim po zameldowaniu się na placu gry był widoczny w sposób, do którego nie można się przyczepić.

Remis jak porażka

Marek Papszun uwielbia mecze z takimi drużynami, jak Legia. Zawsze potrafił ogromnie zmotywować swoich piłkarzy na pojedynki z tymi największymi z Ekstraklasy. W obliczu gorszego momentu, w jakim znajduje się klub spod Jasnej Góry, wielu kibiców wierzyło, że to właśnie spotkanie z Wojskowymi będzie tym mitycznym “meczem założycielskim”. Niestety, na takie spotkanie cała społeczność Rakowa musi jeszcze poczekać – oby nie za długo, bo jednak cierpliwość, chociażby kibiców, ma swoje granice, a szorstkie: “Raków grać…” po końcowym gwizdku brzmiało dość mocno wymownie. 

Już w najbliższą środę, w ramach zaległej szóstej kolejki PKO BP Ekstraklasy, przed Rakowem kolejny mecz z piekielnie trudnym rywalem – Lechem Poznań. Tutaj nie ma już marginesu błędu – trzy punkty są obowiązkiem. 

Zapraszamy również do obejrzenia naszego studia pomeczowego Raków Częstochowa – Legia Warszawa, które można włączyć poniżej. 

Nasi partnerzy

Logo
Logo
Logo