Wrócił do Rakowa, z marszu wszedł do składu i rozdaje karty. Romantyczna historia Petera Baratha
Peter Barath po chwilowej separacji wrócił do Rakowa i stał się jego ważną częścią. Zapracował na to cierpliwością.
Wysłane przez Iwo Kępiński | sie 16, 2025 | Piłka nożna | 5 min czytania

Spis treści:
Co prawda z lekkim opóźnieniem, ale ostatecznie na stałe Peter Barath w obecnym oknie transferowym trafił do Rakowa Częstochowa, podpisując kontrakt do 30 czerwca 2030 roku. Węgier w ekspresowym tempie zawitał ponownie do drużyny, bowiem już trzy doby po transferze wyszedł w pierwszym składzie na mecz z Radomiakiem Radom. Kilka dni później ponownie wystąpił od początku w domowym starciu z Maccabi Haifa. Za tydzień w rewanżu to powtórzył, ale co najważniejsze, zdołał strzelić bardzo ważną bramkę w końcówce pierwszej połowy, czym bezpośrednio przyczynił się do awansu Medalików do fazy play-off kwalifikacji. Tym samym można powiedzieć niejako o zmartwychwstaniu postaci Baratha w Rakowie, bowiem już go nie było, ale wrócił i ma się znakomicie.
Saga transferowa z Ferencvarosem
Pierwotne wypożyczenie kończyło się z finiszem rundy jesiennej sezonu 2024/2025. Raków jednak postanowił dać sobie pół roku więcej na ostateczną ocenę przygody Baratha. Jak tą decyzję tłumaczył wówczas sam zawodnik? „Miałem pewne inne opcje, ale uznałem, że pozostanie na dłużej na wypożyczeniu w Rakowie jest dla mnie najlepszym wyjściem. Funkcjonowałem w tym klubie przez ostatni rok, więc doskonale wszystkich znałem. Dlatego sądzę, że to na ten moment najlepszy dla mnie wybór” – mówił w rozmowie z portalem sportowefakty.wp.pl. Wielu minut w minionym sezonie Peter nie dostał, natomiast w Częstochowie chwili zwątpienia w Węgra nie było. Był wartościowym graczem i Raków chciał go wykupić, jednak problem stanowiły kwestie negocjacyjne z klubem z Budapesztu.
Po powrocie do Ferencvarosu trener Robbie Keane szansy Barathowi nie dał. Chwilowo Medaliki temat Petera odpuściły z uwagi na wygórowaną kwotę zażądaną przez sterowników węgierskiego klubu. Raków w pewnym momencie wpadł w ogromne tarapaty w sytuacji kadrowej w pomocy i urodził się pomysł ponownego zgłoszenia się po Petera Baratha. Sprowadzenie 23-latka nie było łatwe do zrealizowania, bo pozycja negocjacyjna węgierskiego klubu z ich perspektywy uległa polepszeniu po wprowadzeniu nowych przepisów w tamtejszej lidze. Określają one potrzebę posiadania większej liczby rodzimych zawodników w składzie każdego zespołu występującego w Nemzeti Bajnoksag. Końcowo to jednak czerwono-niebiescy wyszli zwycięsko z negocjacji – Ferencvaros obniżył swoje oczekiwania i doszło do finalizacji transakcji.
Peter Barath z zaufaniem trenera Papszuna
Wiara Marka Papszuna w Węgra nigdy nie uległa osłabieniu. W ostatnim sezonie Peter Barath rozegrał zaledwie 742 minuty na 3180 możliwych. Mogłoby się wydawać, że relacja na linii zawodnik-trener powinna być zachwiana. Ale jak było w tym przypadku? Były reprezentant młodzieżowych drużyn Węgier od początku nie miał wątpliwości, że chce wrócić pod Jasną Górę. A trener Marek Papszun od początku wiedział, że Peter może być bardzo ważnym elementem układanki – tym bardziej po odejściach Berggrena, Ledermana, czy kontuzji Kochergina. Celem tego ruchu było wniesienie jakości na już, ale też lepsze wdrożenie do systemu Karola Struskiego, czy Marko Bulata, którzy mogą teraz uważnie obserwować, czego dokładnie wymaga filozofia Rakowa od środkowego pomocnika w tym systemie gry.
Barath zameldował się w Rakowie bez pełnego obozu przygotowawczego. Mimo dwumiesięcznej przerwy, od najbliższego możliwego spotkania wskoczył do pierwszego składu. Nie potrzebował wiele czasu, by udowodnić, że postawienie na niego nie było błędem. Odkąd wrócił, zagrał w każdym z trzech meczy. Ta statystyka świetnie odzwierciedla jak wyczekiwanym transferem dla całego klubu był powrót 23-latka. Peter wracając do Częstochowy nie przestał wierzyć, że może się tu dalej rozwijać. Dzisiaj zbiera tego owoce, bo gra w każdym meczu. Ba, można się spodziewać, że będzie jednym z zawodników, od których Marek Papszun będzie zaczynał układanie składu na mecz w czwartej rundzie eliminacji do Ligi Konferencji.
Bramka o wielkiej wadze
Jeśli Raków awansuje do fazy ligowej, to Węgier już niejako się spłacił – niczym Sonny Kittel bramką z Karabachem. Natomiast Peter Barath poza pięknym trafieniem pokazał coś jeszcze. Dowiódł, że posiada umiejętność wykończenia akcji z zimną krwią w spotkaniu wagi ciężkiej. To był dwumecz pełen spudłowanych sytuacji, a kiedy przyszła pora to wychowanek Debreczyna okazał się tym, który postawił temu krzyż. Jego bramka była nie tylko efektowna, ale też efektywna bo zmusiła Izraelczyków do bardziej otwartej gry, co okazało się ich gwoździem do trumny. Kolejny plus, jaki można przypisać przy nazwisku pomocnika? Świetnie u jego boku spisuje się Oskar Repka, co świadczy o pozytywnej chemii między tym duetem na boisku.
Biorąc pod uwagę fochy Jonatana Brunesa, nie sposób nie docenić postawy Petera Baratha odkąd przywdziewa czerwono-niebieską koszulkę. Nigdy nie narzekał na swoją rolę w zespole, zawsze w pełni wykorzystywał każdą szanse, jaka mu się tylko przytrafiała. Marek Papszun zawsze cenił jego walory fizyczne, a determinacja 23-latka na boisku i poza nim w końcu zaczyna dawać efekty. Węgier mimo niemałego okresu spędzonego w zespole Medalików dopiero dziś zaczyna rozkwitać po raz pierwszy. Kibicom Rakowa nie pozostaje nic innego, jak trzymać kciuki za to, by jego zwyżka formy potrwała jak najdłużej.




