Horror w Częstochowie. Raków zwycięża w półfinale Pucharu Polski
Raków Częstochowa pokonał po rzutach karnych GKS Katowice i 2 maja zagra w finale na PGE Narodowym z Górnikiem Zabrze.
Wysłane przez Jakub Zacharjasz | kwi 10, 2026 | Piłka nożna | 8 min czytania

Spis treści:
Cała częstochowska społeczność czekała na ten mecz z ogromnymi wypiekami na twarzy. Kibice marzyli o tym, aby po raz kolejny w weekend majowy wybrać się do Warszawy na PGE Narodowy i dopingować swoich podopiecznych w finale krajowego pucharu.
Gra błędów
W pierwszej części spotkania nie funkcjonowało nic. Brak chęci do gry, zero walki, multum błędów i absurdalne straty piłki w każdej możliwej części boiska. Piłkarze Rakowa zostali w szatni i ani przez myśl im nie przemknęło, żeby zacząć grać futbol na poziomie, który chociaż daje zalążek do tego, aby myśleć o pozytywnym rozstrzygnięciu. Błędy Dawidowicza, Iviego czy w końcu katastrofalne zachowania Oskara Repki doprowadziły do tego, że Częstochowa pogrążyła się w głębokim smutku. Na boisku znajdował się tylko jeden zespół, a był nim GKS, bo Raków wyglądał w pierwszej połowie jak zlepek kopaczy, którzy przyszli sobie pokopać piłkę.
Do tego dość szybko stracony gol w sytuacji, w której przy strzale Jirki w polu karnym Rakowa było aż sześciu zawodników w czerwonych strojach, a i tak żaden nie zaatakował piłki i skończyło się najgorzej, jak to tylko możliwe dla podopiecznych Łukasza Tomczyka.
Drugie trafienie dla Katowiczan to już w 100% gol na konto Oskara Repki, który najpierw katastrofalnie stracił futbolówkę w centralnej części boiska, a później sfaulował Bartosza Nowaka w polu karnym.
Czerwono-niebiescy nie posiadali absolutnie żadnych argumentów, żeby cokolwiek zmieniło się w meczu o najwyższą stawkę, a wynik 0:2 wyglądał jak odroczony wyrok kata, jakim był GKS w pierwszej odsłonie.
Coś się wydarzyło w szatni
W 1996 roku do kin trafił film animowany „Kosmiczny mecz”, w którym bohaterowie kreskówek Looney Tunes porywają Michaela Jordana, aby ten pomógł im wygrać ważny mecz koszykówki. W jednej ze scen Królik Bugs w przerwie spotkania, kiedy to drużyna Looney Tunes przegrywała dość wysoko, dał swoim kolegom magiczny napój, po którym kreskówkowi bohaterowie zaczęli odrabiać straty.
Magicznego napoju zapewne w szatni Rakowa nie było, ale coś musiało się zadziać w przerwie, bo na drugą część spotkania wyszła przede wszystkim drużyna. Drużyna odmieniona, w której od samego początku było widać wolę walki i chęć odwrócenia praktycznie niemożliwego wyniku, patrząc z perspektywy premierowej odsłony. Szybkie uderzenie Medalików, bo już w 47. minucie Jonatan Brunes płaskim strzałem poderwał kolegów do walki, a publiczność na Limanowskiego do wzmożonego dopingu. Nadzieje odżyły po szybko strzelonym golu, a już dwie minuty później sympatycy Rakowa po raz kolejny eksplodowali w euforii po tym, jak Bogdan Racovițan po rzucie rożnym, strzałem głową umieścił futbolówkę w bramce Kudły.
Wszystko zaczęło się na nowo i to w ekspresowym tempie. Chyba nikt nie spodziewał się tego, że po tak tragicznej pierwszej połowie Raków wyjdzie na drugą część spotkania totalnie odmieniony. Medaliki były w uderzeniu, kontrolowały grę i potrafiły zepchnąć pogubiony GKS do głębokiej defensywy. Taka postawa zaprocentowała po raz trzeci w 67. minucie. Rzut karny, do którego podszedł nie kto inny jak Jonatan Braut Brunes — jego strzał obronił Kudła, ale nie na tyle skutecznie, żeby uchronić swoją drużynę przed dobitką Lamine’a Diabiego-Fadigi i Czerwono-niebiescy odwrócili losy spotkania o 180 stopni. Co ciekawe, w pierwszym momencie można było odnieść wrażenie, że gol po dobitce Francuza nie zostanie uznany, bo w momencie oddawania strzału Fadiga był w polu karnym, ale sędziowie uznali, że napastnik Rakowa nie dotykał stopą murawy i dzięki temu trafienie było prawidłowe. Nieprawdopodobny pościg, który nie miał prawa się wydarzyć — football, bloody hell!
I wszystko wskazywało na to, że pod Jasną Górą, jak w 1655 roku podczas oblężenia klasztoru, będziemy świadkami cudu. Niewiele brakowało, aby ten mecz zakończył się w regulaminowych 90 minutach, ale czym byłoby spotkanie, w którym aż tyle się działo, gdyby nie dramaturgia. GKS mimo potężnych ciosów, które przyjął w drugiej połowie, potrafił się dźwignąć i w 94. minucie Adam Zreľák wyrównał wynik tej potyczki, a tablica świetlna po 90 minutach wskazywała rezultat 3:3. Dogrywka.
120 minut nie wyłoniło zwycięzcy
Dogrywki w takich meczach to zazwyczaj spokój, wystrzeganie się błędów i próby zaskoczenia przeciwnika, ale bez narażania się na groźne kontry. Taki scenariusz dokładnie miał miejsce na Limanowskiego. Pierwsze 15 minut to wyczekiwanie oponenta i próby rozbijania poszczególnych formacji, które jednak nie przyniosły żadnego efektu ani jednym, ani drugim. Natomiast druga część dogrywki to kolejne emocje, których w półfinałowym meczu było co niemiara. W 112. minucie Karol Struski dośrodkował piłkę z rzutu wolnego, a w polu karnym najwyższy z zawodników na placu gry, czyli Leo Rocha, strącił piłkę głową i z pomocą Kudły oraz Czerwińskiego umieścił futbolówkę w siatce i po raz kolejny Raków był bliżej finału w Warszawie.
Trzeba jednak wziąć poprawkę na to, że częstochowianie w dogrywce nie wyglądali już tak dobrze jak w drugiej połowie regulaminowego czasu. Było widać większe zmęczenie, zauważalny był również brak chociażby Brunesa, przez co ofensywa trochę bardziej kulała.
W tej potyczce działo się aż tyle, że można było się spodziewać, iż nie zakończy się to również w 120 minutach. Zdobywca gola na 4:3, Leo Rocha, stracił piłkę przy wyprowadzaniu akcji Medalików przed własnym polem karnym na rzecz Markovicia, a ten potężnym strzałem umieścił piłkę w siatce i pod Jasną Górą znów mieliśmy remis i o awansie do wielkiego finału zadecydowały rzuty karne.
Pierwsze dwie serie — 2:2 i wojna nerwów: kto wytrzyma, a kto w końcu popełni błąd. W trzeciej serii Karol Struski wyprowadził Raków na prowadzenie, zdobywca pierwszego gola w meczu Erik Jirka przegrał pojedynek z Oliwierem Zychem i podopieczni Łukasza Tomczyka byli na prowadzeniu — zarówno w wyniku, jak i w tej trudnej wojnie psychologicznej. W czwartej serii swoją jedenastkę pewnie wykorzystał Racovițan i Raków był już o pół kroku w finale, a chwilę później zwycięstwo stało się faktem — Sebastian Milewski pomylił się przy swoim rzucie karnym, trafiając w słupek, a to oznaczało jedno — Raków Częstochowa po raz kolejny zagra w finale STS Pucharu Polski na Stadionie Narodowym w Warszawie po meczu, w którym emocje sięgnęły zenitu. Dawno kibice w Częstochowie nie przeżyli takiego emocjonalnego rollercoastera. Pokaz charakteru piłkarzy, który był potrzebny całej częstochowskiej społeczności jak tlen — Rakowie, dziękujemy i widzimy się w Warszawie!
Impuls Brunesa, zacięcie Fadigi i Zych ratownik
Warto wspomnieć o indywidualnościach. O ile w pierwszej połowie nie można było wyróżnić absolutnie nikogo, o tyle od drugiej odsłony ta zmiana nastawienia wymaga kilku ciepłych słów. Norweg to zaczął. To on swoim kapitalnym trafieniem poderwał wszystkich, wraz z sympatykami na trybunach, do walki i zasiał ziarno wiary w sercach swoich kolegów z drużyny.
Wejście Fadigi było bardzo istotne — strzelony gol, próby gry jeden na jeden, wejścia w dryblingi (choć nie zawsze udane), strzały z różnych pozycji i chęć wzięcia odpowiedzialności za wynik na swoje barki, a to w obecnej sytuacji Rakowa bardzo istotny element, który co prawda w kontekście Fadigi powinien być ciut lepszy, ale jednak jest to dobry początek do czegoś większego.
Na koniec Oliwier Zych — mimo wpuszczonych czterech goli, to jest jeden z głównych architektów zwycięstwa Medalików w tym meczu. Kapitalne interwencje w pierwszej, jak i drugiej połowie, świetne obrony w dogrywce, a na koniec obroniony rzut karny Erika Jirki i to w głównej mierze dzięki młodemu bramkarzowi Czerwono-niebiescy mogą cieszyć się z tego awansu.
Emocje pewnie jeszcze przez dłuższą chwilę nie opadną, ale już w niedzielę w ramach 28. kolejki PKO BP Ekstraklasy Raków uda się do Lublina, gdzie zagra z miejscowym Motorem.
Zapraszamy również do obejrzenia naszego studia po meczu Raków – GKS. Link znajdziecie poniżej.




