Trzydzieści pięć razy kurtyna. Jubileusz 35-lecia pracy artystycznej Adama Hutyry
Człowiek teatru, filmu i serialu za tydzień będzie obchodził swoje święto.
Wysłane przez Artur Kita | sty 24, 2026 | Częstochowa | 4 min czytania

Teatr ma swoją pamięć. Pamięta kroki aktorów, które wsiąkły w deski sceny. Pamięta ciszę przed pierwszym słowem i oddech widowni tuż po ostatnim. Są jednak tacy aktorzy, których pamięta szczególnie – bo zostawili w nim nie tylko role, lecz całe światy. Adam Hutyra należy właśnie do nich.
Trzydzieści pięć lat temu pojawił się młody aktor z Czechowic-Dziedzic – absolwent Wydziału Lalkarskiego we Wrocławiu, artysta obdarzony rzadkim darem: zdolnością bycia kimkolwiek, nie tracąc przy tym Siebie. Od tamtej chwili kurtyna podnosiła się dla niego setki razy, a każdorazowo odsłaniała inną twarz: poety, łotra, idealisty, cynika, władcy, błazna… Bo Adam Hutyra w teatrze zagrał – niemal dosłownie – wszystko.
Był Nikodemem Dyzmą, który z niczego robi karierę, i Cześnikiem Raptusiewiczem, który z temperamentu uczynił broń. Był Papkinem – śmiesznym i tragicznym zarazem – i Lucky’m z „Czekając na Godota”, który jednym monologiem potrafił unieść ciężar absurdu istnienia. Był baronem, gubernatorem, królem, inkwizytorem. Był sługą, poetą, młodym Faustem i dojrzałym człowiekiem pełnym ironii.
Teatr Fredry, Becketta, Moliera, Szekspira, Mrożka, Gombrowicza i Gogola stał się dla niego domem – ale nigdy wygodnym fotelem. Raczej miejscem nieustannego pozytywnego napięcia, czujności i pracy nad sobą. Bo Hutyra to aktor, który nie osiada na laurach. Każdą rolę traktuje jak nową próbę odpowiedzi na pytanie: kim jestem dziś?
W jego aktorstwie jest coś z rzemiosła i coś z ryzyka. Precyzja spotyka się z intuicją, a technika – z nieprzewidywalnością. Gdy wychodzi na scenę, widz ma poczucie, że oto wydarzyć się może wszystko: śmiech, wzruszenie, nagłe olśnienie albo niewygodna prawda.
Nieprzypadkowo więc jubileusz 35-lecia pracy artystycznej Adama Hutyry świętowany jest przy okazji spektaklu „Kariera Nikodema Dyzmy” w reżyserii Gabriela Gietzky’ego. Bo Dyzma – postać wieloznaczna, śmieszna i groźna zarazem – w jego wykonaniu przestaje być jedynie satyrą. Staje się lustrem. A Hutyra patrzy w to lustro bez litości i taniej ironii. Za tę rolę, a także za Cześnika Raptusiewicza w „Zemście” w reżyserii Joanny Drozdy, aktor otrzymał w 2023 roku Złotą Maskę – nagrodę, która w jego przypadku nie jest zwieńczeniem drogi, lecz kolejnym przystankiem. Bo Złota Maska wracała do niego już wcześniej – w 1994 roku za rolę Jima Portera w „Miłości i gniewie”, by po latach ponownie potwierdzić to, co widzowie wiedzieli od dawna: mamy do czynienia z aktorem formatu rzadkiego.
A jednak teatr to nie jedyna przestrzeń jego obecności. Kamera również zna jego twarz: z filmów, seriali, Teatru Telewizji. Od „13 posterunku” po „Czas honoru”, od ról epizodycznych po wyraziste kreacje drugiego planu – zawsze z tą samą uważnością na prawdę postaci. Bo Hutyra nie gra kolejnych „numerów”, kolejnych ról. Gra ludzi, prawdziwych ludzi. Jest także reżyserem – współtwórcą spektakli, np. jak Emigranci” Mrożka. I wykonawcą piosenki aktorskiej – bo głos, podobnie jak ciało, jest dla niego narzędziem myślenia o świecie. Prowadzi również amatorski Teatr w Akademickim Centrum Kultury Klub Politechnik.
Dziś, po 35 latach na scenie, Adam Hutyra pozostaje aktorem w pełni czynnym, intensywnie obecnym w repertuarze Teatru im. Adama Mickiewicza w Częstochowie. Można go zobaczyć m.in. w „Zemście”, „Karierze Nikodema Dyzmy”, „Kandydzie”, „Cudownej terapii”, „Jak usunąć znajomego?” czy „Polowaniu”. Każda z tych ról to kolejny rozdział w opowieści, która wciąż się pisze. Jubileusz to moment zatrzymania. Ale tylko na chwilę. Bo artysta taki jak Adam Hutyra nie patrzy wstecz z nostalgią – raczej z uważnością. Wie, że Teatr żyje tylko tu i teraz, a każda kolejna premiera jest nowym początkiem. Dlatego 31 stycznia 2026 roku, o godzinie 19.00, na dużej scenie, spotkamy się nie tylko z Jubilatem. Spotkamy się z historią polskiego Teatru zapisaną w jednym ciele, jednym głosie, jednym spojrzeniu. I znów podniesie się kurtyna. Po raz „trzydziesty piąty” – i pierwszy zarazem.
Artur Kita @ak


